Zwróćmy się ku Panu!

Ks. dr Klaus Gamber

Poznań 1998

ISBN 83-87448-60-5

Wydawnictwo Wydawnictwo Te Deum

Adres wydawnictwa:

04-886 Warszawa

ul.Garncarska 32

Tel: (022) 615-28-60

Fax: (022) 615-52-09

Adres wydawnictwa w internecie: http://www.tedeum.pl

Email: tedeum@tedeum.pl

Klaus Gamber (1919-1989), ksiądz, doktor filozofii i teologii. Współtwórca i wieloletni dyrektor Instytutu Liturgicznego w Ratyzbonie. Był jednym z najwybitniejszych współczesnych historyków i znawców liturgii. Uznany specjalista tak starej liturgii rzymskiej, jak i rytów wschodnich, których był wielkim admiratorem. W uznaniu za swoją pracę naukową został mianowany członkiem honorowym papieskiej Akademii Liturgii, a następnie kapelanem i szambelanem Jego Świątobliwości.

Przedmowa

Przedmowa do wydania francuskiego

Po udostępnieniu francuskim czytelnikom tłumaczenia Die Reform der Romischen Liturgie benedyktyni z Barroux przedstawiają dziś francuską edycję drugiego dzieła niemieckiego liturgisty Klausa Gambera Zum Herrn hin! poświęconego kierunkowi Kościoła i ołtarza. Argumenty historyczne wysunięte przez autora oparte są na przeprowadzonych przez niego pogłębionych studiach źródeł; są one zgodne z ustaleniami takich wielkich badaczy jak F.J.Dolger, J.Braun, J.A.Jungmann, Erik Peterson, Cyrille Vogel, ojciec Bouyer, żeby ograniczyć się w tym miejscu tylko do najznakomitszych nazwisk. Najważniejszy jednak w tej książce jest powstały w wyniku badań naukowych jej substrat teologiczny. Wspólny dla kapłana i wiernych kierunek modlitwy – którego symboliczną formą był z reguły Wschód, kierunek wschodzącego słońca – powstał ze spojrzenia zwróconego ku Panu, prawdziwemu słońcu. W liturgii przeżywamy zapowiedź Jego powrotu, kapłan i wierni wychodzą mu na spotkanie. Tak więc kierunek modlitwy wyraża teocentryczny charakter liturgii, jest bowiem posłuszny napomnieniu: Zwróćmy się ku Panu! Wezwanie to skierowane jest do nas wszystkich i mówi nam, niezależnie od samego aspektu liturgicznego, jak konieczne jest, aby cały Kościół żył i działał dla wypełnienia misji powierzonej mu przez Pana!

Józef kardynał Ratzinger

Przedmowa do wydania polskiego

Oddanie do rąk czytelników pierwszej książki x. Klausa Gambera w polskim wydaniu jest wydarzeniem niezwykłej wagi nie tylko dla teologów i duchowieństwa, lecz dla wszystkich czytelników zainteresowanych wiarą i życiem Kościoła. X. Klaus Gamber, urodzony w 1919 r. na południowych rubieżach Niemiec, a zmarły nieoczekiwanie w 1989 r., poświęcił większość swojego kapłańskiego życia studiom teologicznym. Zdobył doktorat w teologii, a przyznano mu doktorat honoris causa z filozofii. W 1957 r. założył wraz z innymi uczonymi Instytut Liturgiczny w Ratyzbonie, którego dyrektorem był do końca życia. Zgodnie z celem Instytutu, zajmował się przede wszystkim badaniem źródeł liturgii zachodnich i wschodnich. Owocem tej pracy jest obfita bibliografia pism x. Gambera, zawierająca prawie czterysta ważniejszych pozycji. W uznaniu zasług w dziedzinie zgłębiania liturgii Kościoła ten uczony kapłan został mianowany w 1965 r. członkiem honorowym Papieskiej Akademii Liturgicznej, w 1956 r. otrzymał tytuł Kapelana Jego Świątobliwości, a rok później godność Szambelana Papieskiego. Był jednak do niedawna mało znany, wyniki jego badań były często przemilczane lub ignorowane. Nawet niniejsza książka, wydana po raz pierwszy w niemieckim oryginale w r. 1987, nie wywołała większego oddźwięku wśród szerokiej publiczności, a ze strony urzędowych liturgistów napotkała zrazu raczej nieufne i wrogie reakcje. W 1992 r. ukazała się w języku francuskim z przedmową Perfekta Kongregacji Doktryny Wiary, x. kardynała Josefa Ratzingera, w roku następnym doszło do wydania angielskiego, zawierającego pełne uznania opinie o Autorze i jego dziele, pochodzące od kilku kardynałów, biskupów i uczonych. W międzyczasie dokonano drugiego wydania w oryginale, oraz tłumaczeń na różne języki. Świadczy to nie tylko o wartości i doniosłości tej książki, lecz także o dużym zapotrzebowaniu, wynikającym prawdopodobnie z rosnącej świadomości omawianej w niej problematyki. Kardynał Ratzinger nazwał księdza Gambera „profesjonalistą w liturgistyce” i „prawdziwym świadkiem” liturgii, zaznaczając także, że wyniki jego badań zgadzają się z dorobkiem najbardziej zasłużonych uczonych. Również inni dostojnicy kościelni oraz współpracownicy wspominają go zarówno jako solidnego naukowca, jak też jako nieustraszonego obrońcę prawd wiary. Nie są to tylko miłe słowa o przedwcześnie zmarłym przyjacielu. Każdy kto czytał jego książki może się sam przekonać o jego głębokiej wierze, synowskim oddaniu dla Kościoła, rzetelności w pracy i jasności wykładu. Jako kapłan i uczony nie był x. Gamber ani wywrotowcem, ani wrogiem rozwoju, lecz usilnie starał się o jak największą wierność istocie liturgii, którą uważał, wraz z Soborem, za „szczyt i źródło życia Kościoła” (Konst. o lit. 10). Jeszcze w trakcie trwania Soboru napisał pełną optymizmu książkę na temat oczekiwanego odnowienia liturgii, w której wskazał również na niezbywalne zasady i zagrażające niebezpieczeństwa: ” Liturgia jest kultem. Kult zaś nie jest niczym stary dom, który można z dnia na dzień zburzyć i zastąpić nowym, nowoczesnym. Kult jest ze swej istoty czymś trwałym. ” Niestety, w ciągu następnych lat przeżywał bolesny zawód będąc świadkiem, jak burzy się i niszczy dom, który miał zostać odnowiony, jak obracany jest w ruiny wspaniały gmach, któremu należało tylko przywrócić jego pełny blask i świetność. Wobec tej fali nowoczesnego obrazoburstwa zachował ufność w Opatrzność Bożą, która już nieraz w historii dopuszczała wstrząsy i potopy, pożogi i zgliszcza, by po kolejnym epizodzie tajemnicy nieprawości tym jaśniej ukazał się tryumf prawdy i laski. Dzieło pokoleń uczonych, zgłębiających tajemnice liturgii, w tym także dzieło x. Gambera, zdaje się już wydawać plon: młode pokolenie katolików, nie pamiętających dawnej liturgii sprzed reformy, sięga po tamte mszaliki, pragnie uczestniczyć w obrzędach, jakie sprawowali nasi przodkowie w wierze, szuka pogłębienia swego uczestnictwa w nich poprzez poznawanie ich zasad i znaczeń. Z młodzieży tej wywodzą się stosunkowo liczne powołania kapłańskie i zakonne, poświęcające się sprawowaniu przekazywanej przez wieki liturgii. Inni młodzi kapłani nawiedzają miejsca, gdzie celebrowana jest ta liturgia, by ją poznać i nauczyć się jej. Nie zabliźniły się jeszcze rany zadane umysłom przez rewolucję antyliturgiczną lat sześćdziesiątych, która sama jest potomkiem ateizmu i zaniku wiary. Co gorsza, rewolucja ta trwa nadal w niekończących się nowościach i eksperymentach, wymierzonych wprost lub skrycie nie tylko w samą liturgię, lecz również w podstawowe prawdy wiary. Fakty te są nie mniej groźne dla Kościoła niż planowa ateizacja. Bowiem zbrodnicze reżimy komunistyczne, usiłujące narzucić ludziom tzw. obrzędowość świecką zamiast praktyk religijnych uznały wprawdzie, że człowiek potrzebuje obrzędu, to jednak ich oferty mogły być co najwyżej zabawą czy spotkaniem między ludźmi, ale nie liturgią, gdyż ta odnosi się do Boga i Bóg jest w niej najważniejszy. Z doświadczenia wynika, że najgroźniejszym bo najbardziej podstępnym wrogiem liturgii są surogaty, które ją symulują wyzbywszy się jej duszy i serca, to jest ukierunkowania ku Bogu. Człowiek szukający Boga w liturgii – jako że jest homo liturgicus, istotą liturgiczną – musi umieć odróżniać liturgię od jej surogatów, kult Boga od samouwielbienia człowieka. Potrzeba do tego znajomości zarówno zasad teologicznych rządzących liturgią kościoła, jak też jej rozwoju historycznego. Odkrywaniu tych głębi, sprawowanego zawsze przez Kościół kultu Bożego, ma służyć właśnie dorobek naukowy Gambera, którego przesłanie doskonale wyraża tytuł niniejszej książki:

Zwróćmy się ku Panu!

X. Dariusz J. Olewiński

Wprowadzenie

Ołtarz zawsze pozostaje w ścisłym związku z ofiarą, składaną przez kapłana. Ołtarz, kapłan i ofiara stanowią jedność, jak mówi Jan Chryzostom: „Nikt nie może być kapłanem bez ofiary” (PG 63,111). Ponieważ ewangelicy świadomie odrzucają Ofiarę Mszy Św. i kapłaństwo, dlatego też ściśle rzecz biorąc, nie potrzebują ołtarza. Kapłan jako ofiarnik, wzięty z ludu, (por. Hebr. 5,1) we wszystkich starych religiach stoi przed ołtarzem i przed Świętością (Wizerunkiem Boga). Do uczty ofiarnej przystępują również do ołtarza uczestnicy ofiarnej celebracji, aby z ręki kapłana-ofiarnika otrzymać cząstkę przy ołtarzu, jak pisze św. Paweł: „Czyż, nie mają udziału w ołtarzu ci, którzy spożywają z ofiar na ołtarzu złożonych?” (l Kor. 10, 18). W ostatnich 20 latach dokonała się u nas zmiana w rozumieniu Ofiary. Osobiście traktuję wprowadzenie „ołtarzy ludowych” wraz ze zwróceniem się podczas celebracji ku ludowi za bardziej decydujące i bardziej problematyczne dla przyszłego rozwoju, niż wprowadzenie nowego Mszału. U źródeł tego nowego usytuowania kapłana przy ołtarzu – a bez wątpienia chodzi w tym przypadku o nowość, a nie o powrót do praktyki wczesnego Kościoła – leży nowe pojmowanie Mszy Św.: jako „eucharystycznej wspólnoty uczty”. Przy tym pierwszoplanowe dotychczas znaczenie kultycznego oddawania czci i adoracji Boga oraz ofiarnego charakteru celebracji jako mistycznego przedstawienia i uobecnienia Śmierci i Zmartwychwstania Pana, jest spychane na plan dalszy… Wyrazistość stracił również związek między Ofiarą Chrystusa a naszą ofiarą chleba i wina. O tych związkach wyczerpująco traktuje zeszyt 5. „Studiów patrystycznych i liturgicznych” pt. „Ofiara Kościoła”. Nie należę do tych, którzy twierdzą, że formy ołtarza – jakie rozwinęły się w ostatnich stuleciach i trwały aż do Soboru Watykańskiego II – są niezbędne. Wręcz odwrotnie! Życzę sobie powrotu do prostych form ołtarzy, które były jednolicie powszechne w pierwszym tysiącleciu zarówno w Kościele Wschodnim, jak i Zachodnim (na Wschodzie istnieją do dzisiaj), a które wyraźnie oddają charakter chrześcijańskich ołtarzy jako miejsca nowotestamentowej Ofiary. Konieczność wyczerpującego, a przy tym zrozumiałego dla ogółu przedstawienia problemu „ołtarzy ludowych” w połączeniu ze zwróceniem się celebransa ku wspólnocie, stała się dla mnie jasna po ciągnącej się przez miesiące serii listów od czytelników, opublikowanych w zeszłym roku w „Deutsche Tagespost”. Pokazały one, że właśnie w odniesieniu do historycznej ewolucji ołtarza, wiele rzeczy pozostaje niejasnych oraz, że wiele błędów zagnieździło się w umysłach; błędów dotyczących przede wszystkim czasów wczesnego Kościoła. Stąd też z całą świadomością uwzględniłem w niniejszej pracy pytania zawarte we wspomnianych listach. W „Dodatku” zajmuję się znowu kwestią tłumaczenia słów nad kielichem „za was i za wszystkich”, przy czym to fałszywe tłumaczenie nie jest rozważane jedynie – jak to ma najczęściej miejsce – z punktu widzenia filologicznego i soteriologicznego, lecz w aspekcie Mszy jako Ofiary. Wykładane przy tym teologiczne refleksje mogą być dla niektórych Czytelników nowe.

Klaus Gamber

Zielone Święta 1987.

Ołtarz i przestrzeń wokół ołtarza kiedyś i dziś

” W świątyni tak się wpatruję w Ciebie, bym ujrzał Twoją potęgę i chwalę ” (Ps. 63, 3)(62)

„Ja zaś w sprawiedliwości ujrzę Twe oblicze, powstając ze snu nasycę się Twoim widokiem” (Ps. 17, 15)(16)

Te słowa Psalmisty oddają wewnętrzne przeżywanie, z którym starotestamentowy wiemy wstępował do Świątyni w Jerozolimie; nie jest to w końcu nic innego jak prośba Mojżesza do Boga, aby mógł zobaczyć Jego oblicze (por. Wj. 33 18-23). Jak Mojżesz ujrzał tylko „plecy Jahwe”, tak i wierzący Izraelita oglądał tylko świątynię Boga, a i tą, gdy nie był kapłanem, tylko z zewnątrz. Podobną do Psalmisty intencję winien posiadać również każdy chodzący do chrześcijańskiego Domu Bożego (Domus Dei), powinien mianowicie mieć życzenie oglądania „chwały Boga” i odczuwania Jego „mocy”, tak jak objawia się ona w nabożeństwie, w liturgicznych rytach oraz w obrazie. Oglądamy Pana ukrytego pod eucharystycznymi postaciami, albowiem musielibyśmy umrzeć, gdybyśmy mogli ujrzeć oblicze Boga tu na ziemi, (por. Wj. 32, 23). Orygenes przypomina, że „w zgromadzeniach wiernych, oprócz dusz świętych, biorą udział zarówno zastępy aniołów, jak i moc samego Pana oraz duchy świętych” (Deo orat. 31, 5). Natomiast syryjski poeta Baleusz sądzi, że „Abyśmy mogli znaleźć Go na ziemi, Pan wybudował sobie dom pomiędzy śmiertelnikami i postawił ołtarze…, tak aby Kościół otrzymywał przy nich życie. Niech nikt się nie łudzi, tutaj przebywa Król! Idźmy do świątyni, aby Go oglądać” (BKV Bd. 6, s. 64). Aby ujrzeć coś z „potęgi i chwały” Boga i przeżyć je podczas nabożeństwa, ludzie zbudowali kościoły i katedry w poprzednich stuleciach, dekorując je stosownie do swoich możliwości. Znosili przy tym majętności, aby ich Dom Boży był wspaniały jak przystoi Mieszkaniu Boga, podczas gdy sami zamieszkiwali często ubogie chaty. Ale to była ich Świętość; należała do nich wszystkich. Jeszcze nigdy przedtem nie zbudowano tak wielu nowych kościołów, jak w latach bezpośrednio po II wojnie światowej. W większości przypominają budynki czysto funkcjonalne, które celowo rezygnują z bycia dziełami sztuki, chociaż kosztowały miliony. Z technicznego punktu widzenia nic im nie brakuje: mają dobrą akustykę oraz posiadają działającą bez zarzutu wentylację; są dobrze oświetlone i łatwe do ogrzewania. Ołtarz można oglądać ze wszystkich stron. Nie są jednak żadnymi Domami Bożymi we właściwym tego słowa rozumieniu. Nie są sakralną przestrzenią, świątynią Boga, do której chętnie się chodzi, aby adorować Boga i przedstawiać Mu swoje prośby. Są to sale zebrań, do których się nie przychodzi, z wyjątkiem czasu przeznaczonego na nabożeństwa. Jako odpowiednik „mieszkalnych silosów” względnie „garaży dla ludzi” (jak nazywa się osiedla bloków w nowoczesnych miastach), zyskały sobie one w potocznej opinii miano „silosów dla dusz” albo „ojczenaszkowych garaży” („Paternostergarage”). Inne kościelne budowle mają świadome aspiracje do bycia dziełami sztuki; swój wzór mają w kościele pielgrzymkowym w Ronchamp. W tym przypadku znanemu architektowi Le Corbusierowi, agnostykowi, udało się stworzyć architektoniczne dzieło sztuki. Nie powstał z tego jednak kościół. Być może jest to jakieś pomieszczenie przeznaczone do modlitwy, do medytacji, ale nic więcej. Kościół w Ronchamps w późniejszym czasie stał się modelem, a budownictwo kościelne areną dla subiektywizmu architektów. Stało się to możliwe tym bardziej, że coraz bardziej przebijało się twierdzenie o nie istnieniu „sakralnych pomieszczeń” będących przeciwieństwem „świata profanum”. Nowe budowle stały się przez to symbolem naszych czasów, a nawet znakiem rozkładu dotychczasowych norm oraz obrazem chaosu współczesnego świata. A przecież w stosunku do sakralnego pomieszczenia obowiązują własne, specyficzne prawa, które nie podlegają modzie i przemianom czasu. Tutaj w szczególny sposób przebywa Bóg, podobnie jak w Świątyni Jerozolimskiej. Tutaj sprawowana jest Służba Boża. Do tego dochodzi drugi czynnik: brakuje duchowych i teologicznych przesłanek. Życie publiczne jest w wysokim stopniu zsekularyzowane. Kościoły chrześcijańskie nie są już, niestety, siłą nośną w zachodnim społeczeństwie. A jednak architekci budują tak, jakby nic się nie zmieniło, zwłaszcza, że najczęściej nie brakuje na to pieniędzy. Olbrzymie centra parafialne budowane na przedmieściach stwarzają wrażenie, jakoby Kościół był ciągle silnym magnesem przyciągającym ludzi. W przyszłości chodzić będzie o to, aby stawiać tylko proste, stosunkowo małe budowle, które na zewnątrz mało rzucają się w oczy, od środka zaś są dobrze urządzonym wnętrzem, całkowicie nastawionym na cel kultowy. W podobny sposób wczesnochrześcijańska bazylika mało się rzucała w oczy od strony ulicy, wewnątrz jednak, przez bogactwo zasłon i lamp, a przede wszystkim przez kosztowne ozdoby ołtarza i prezbiterium, tworzyła godne ramy dla dokonującego się tutaj misterium. W nowszych kościołach napotykamy rozmaite rozwiązania przestrzeni prezbiterium. W budowlach okresu międzywojennego trzeba było wstępować po licznych schodach i dlatego ołtarz wyglądał jakby stał na scenie; ostatnimi czasy został on za to umieszczony jako „ołtarzowa wyspa” i usytuowany możliwie blisko wiernych. Centrum tak pojętej przestrzeni ołtarza tworzy płyta ołtarza (mensa), pozbawiona jakichkolwiek ozdób. Obok niej umiejscowiony jest pulpit do czytania, wykonany jak i ołtarz, z kamienia, za nimi zaś trzy (albo więcej) wyściełane siedzenia dla celebransa i jego asysty. Dalej, gdzieś na i tak nagiej ścianie kościoła znajduje się tabernakulum. Krzyża, na który dotychczas zwracało się spojrzenie modlących, zazwyczaj nie ma, albo w miniaturowej postaci leży na ołtarzu. Na ołtarzu też, obok obowiązkowego wazonu z kwiatami, stoi w grupie kilka świec – albo, gdy chodzi o większy świecznik, stoją one na ziemi obok ołtarza.

(…)

Po tym jak na Zachodzie – w przeciwieństwie do Wschodu – rozplanowanie przestrzeni wokół ołtarza oraz samych ołtarzy w całym ciągu historii ulegało wielokrotnym przemianom (tak począwszy od późnego okresu romańskiego, a przede wszystkim w gotyku zaopatrzono ołtarz w liczne sprzęty, co w końcu doprowadziło do powstania typowych dla baroku wysokich ołtarzy), to aktualnie, po Soborze Watykańskim II nie można nie dostrzec, że w większości kościołów w tym właśnie względzie zaszła i to fundamentalna zmiana. Otóż już niedługo po zakończeniu Soboru w wielu miejscach usunięto z kościołów barierki zamykane podczas udzielania Komunii Świętej, będące pozostałościami dawnych balustrad chórowych. Natomiast dla celów celebry skierowanej w stronę wiernych, obok istniejącego wysokiego ołtarza, ustawiono „ołtarz ludowy”. No i wszędzie mikrofony! Mikrofon na ołtarzu, przy miejscu do siedzenia dla kapłana, przy pulpicie. Ambona wyszła już z użycia. To nowe rozplanowanie prezbiterium (przestrzeni wokół ołtarza) zostało przeprowadzone w jedyny w swoim rodzaju sposób uniformizacji prawie na wszystkich kontynentach. Podczas, gdy w starszych kościołach „ołtarz ludowy”, miejsca do siedzenia oraz pulpit do czytań są zazwyczaj ustawione jako elementy ruchome i mogą być z powrotem usunięte, to nowe budowle (lub budowle po przebudowie) są już całkowicie nastawione na – jak to się mówi – „nowoczesne” ukształtowanie prezbiterium. Święta Eucharystia jest przechowywana w ściennym tabernakulum (pośrodku ściany lub po lewej stronie). Nowy kamienny „ołtarz” ludowy, często jest tak ustawiony, że odprawianie Mszy Św. możliwe jest tylko przodem do ludu; siedzenia dla kapłanów (niekiedy też kamienne), jak również masywny pulpit do czytań – wszystko to często wątpliwej wartości artystycznej, w każdym razie bez jakiegokolwiek związku z Tradycją! Tymczasem mamy przecież rzeczywiście wystarczająco dużo wzorów z ubiegłych stuleci, które mogłyby być inspiracją dla wspomnianego wyżej nowego sposobu rozplanowania wnętrza, w szczególności rozplanowania ołtarza. Zagadnienie to przedstawił E. A. Lengeling w pracy pt. „Tendencje w niemieckim, katolickim budownictwie kościelnym w świetle postanowień Soboru Watykańskiego II” zamieszczonej w „Liturgisches Jahrbuch” z 1967 roku. Co wówczas przedstawiano jako postulaty, w międzyczasie doczekało się daleko idącej realizacji. Nie podjęto wszelako poważnej próby historycznego uzasadnienia owego nowego rozplanowania (z wyjątkiem studium autorstwa Otto Nusbauma, do którego wypadnie nam jeszcze powrócić). Na zakończenie parę słów odnośnie odprawiania Mszy Św. na wolnym powietrzu. Nie brak wiernych, którzy przy takich właśnie okazjach odczuwają głęboką rezerwę, przede wszystkim, gdy chodzi o sposób masowego udzielania Komunii Świętej. Nie wolno nam zapomnieć, że co prawda Chrystus nauczał w obecności wielkich tłumów, których liczebność często osiągała tysiące osób (por. Mt. 14,21), wszakże Świętą Eucharystię ustanowił tylko w obecności Apostołów. Zgodną opinią niepodzielonego chrześcijaństwa było, że Msza Św., ta Ofiara ogarniająca ziemię i Niebo, może być odprawiana tylko w wyznaczonych do tego celu sakralnych pomieszczeniach. Jak wiadomo, również żydowski baranek paschalny mógł być spożywany tylko w pomieszczeniu zamkniętym, a nie na zewnątrz (por. Wj. 12, 46). Poza tym należy wziąć pod uwagę, że przygotowanie i konsekracja Hostii koniecznych dla tysięcy ludzi (a liczba ta dochodzi niekiedy do miliona), sprawia ogromne trudności. Nie rezygnuje się w tym przypadku z udziału wiernych w Komunii – chociaż byłoby to najprostszym rozwiązaniem – wychodząc z błędnego założenia, że Msza ma charakter uczty i stąd każdej Mszy musi towarzyszyć przyjmowanie Komunii. Wszelako rzeczą zupełnie niezrozumiałą jest odprawianie Mszy na dworze, w sytuacji, gdy do dyspozycji stoją obszerne kościoły. Wszystko to uderza w blisko dwutysiącletnią Tradycję Kościoła i do tego zaprzecza istocie Mszy Świętej, która winna być rozumiana jako Ofiara i Misterium. Aby świętować ,,Tajemnicę Wiary”, powinniśmy więc udać się w mury naszych świątyń, mury chroniące owo Misterium. Świętość miejsca wpływa także na właściwą postawę wobec świętości, która otwiera się tylko temu, kto się zbliża do niej ze czcią.

„Ołtarz ludowy”.

Pytania i odpowiedzi

„I przyszedł inny anioł, i stanął przy ołtarzu, mając złote naczynie na żar, i dano mu wiele kadzideł, aby dal je w ofierze jako modlitwy wszystkich świętych, na złoty ołtarz, który jest przed tronem” (Apk. 8, 3).

W ujęciu Listu do Hebrajczyków, ziemska świątynia w Jerozolimie ze swoim ołtarzem jest obrazem Świątyni w Niebie, do której wstąpił Jezus Chrystus jako wieczny Arcykapłan (9, 24). Niebiańska i ziemska liturgia tworzą jedność. Tak więc według cytowanego fragmentu Apokalipsy, przed złotym ołtarzem w Niebie stoi anioł ze złotą kadzielnicą, aby zanieść przed oblicze Boga modlitwy wiernych na ziemi. Również nasza Ofiara składana na ziemi będzie w oczach Boga pełnowartościowa dopiero wtedy, gdy „ręką anioła zostanie zaniesiona na ołtarz w Niebie” – jak to jest zapisane w rzymskim kanonie Mszy Świętej. Przekonanie, że ołtarz tutaj na ziemi jest obrazem niebiańskiego pierwowzoru, było ciągle miarodajne dla kształtowania się ołtarza i wyznaczeniu przed nim miejsca dla kapłana: anioł ze złotą kadzielnicą stoi przecież, jak powiedziano, przed ołtarzem. Dodać trzeba, że na pewno jakąś rolę odegrały przepisy przy tym, jakie Bóg w tej mierze udzielił Mojżeszowi (por. Wj. 30, 1-8). Powyższe wstępne uwagi były konieczne, aby unaocznić, jak wielkiej zmianie uległy współczesne poglądy w odniesieniu do ołtarza. Ta zmiana nie dokonała się nagle, ale stopniowo; rozpoczęła się już wiele lat przed Soborem Watykańskim II. W „Wytycznych dotyczących budowy świątyni w duchu rzymskiej liturgii”, wydanych w 1949 roku Theodor Klauser pisze; „Szereg znaków wskazuje, że w przyszłych świątyniach kapłan będzie stał jak niegdyś za ołtarzem i odprawiając Mszę św. z obliczem zwróconym ku ludowi, jak to ma ciągle jeszcze miejsce w starych rzymskich bazylikach; wydaje się, że takie rozwiązanie jest wymagane przez wszędzie odczuwalne życzenie wyraźniejszego podkreślenia wspólnoty eucharystycznego stołu” (Nr. 8). To, co Klauser swego czasu przedstawiał jako życzenie, w międzyczasie stało się – o czym wiemy – w dużej mierze normą. Przy tej okazji mówi się o odnowieniu wczesnochrześcijańskiego zwyczaju. Wszelako da się z całą pewnością wykazać (o czym dowodnie przekonają wywody zamieszczone w dalszej części pracy), że ani w Kościele Wschodnim, ani w Kościele Zachodnim nigdy nie było celebracji „versus populum” (przodem do ludu), natomiast zawsze istniało zwrócenie się podczas modlitwy na wschód, „ad Dominum” (ku Panu). Korzenie pomysłu postawienia naprzeciw siebie kapłana i wiernych znajdziemy o wiele prędzej w opinii Marcina Lutra, który w książeczce „Msza niemiecka i porządek nabożeństwa” (Deutsche Messe und Ordnung des Gottesdienstes) z 1526 r. w rozdziale: „Niedziela dla świeckich” tak pisał: „Pozostawmy jeszcze szaty liturgiczne, ołtarz, świeczniki, aż do czasu, gdy spodoba się nam je zmienić. Jeżeli ktoś chce w tym inaczej sobie poczynać, niechże i tak będzie. Ale we właściwej Mszy dla dobrych chrześcijan, ołtarz nie mógłby pozostać takim, jakim jest teraz, a kapłan winien by być ciągle zwrócony ku ludowi, jak bez wątpienia uczynił to Chrystus w czasie Ostatniej Wieczerzy. To wszakże w swoim czasie.” Ten czas już nadszedł…

Reformator mówiąc o zmianie usytuowania celebransa przy ołtarzu powołuje się na zachowanie Chrystusa podczas Ostatniej Wieczerzy. Przed oczyma ma obrazy, dość powszechne w jego czasie: Jezus stoi albo siedzi za dużym stołem, mając po swojej prawej i lewej stronie Apostołów. Czy jednak Jezus rzeczywiście zajął takie właśnie miejsce? Z pewnością tak nie było, albowiem stałoby to w sprzeczności z antycznymi zwyczajami zachowania się przy stole. W czasach Jezusa i w wiele stuleci po Nim używano stołu okrągłego, albo w formie półkola (litery sigma). Część przednia (wewnętrzna) stołu pozostawała wolna dla umożliwienia wnoszenia potraw. Uczestnicy posiłku siedzieli albo leżeli wzdłuż tylnej (zewnętrznej) części półkola utworzonego przez stół. Używali przy tym sofy albo ławy, ustawionej również w formie półkola. Miejsce honorowe nie było, jakby można było sądzić, w centrum (jak jest dzisiaj), ale po prawej stronie (in cornu dextro). Naprzeciwko tego miejsca znajdowało się drugie miejsce honorowe. Taki właśnie porządek siedzenia przedstawiają najstarsze wizerunki Wieczerzy Jezusa (aż do czasów średniowiecza włącznie). Pan leży albo siedzi zawsze po prawej stronie stołu (por. ilustr. 4). Dopiero począwszy od XIII wieku uwidacznia się inny sposób przedstawienia tej sceny: Jezus zajmuje teraz miejsce w tylnej części stołu, pośrodku Apostołów. Taki to właśnie obraz miał przed oczyma Luter. Rzeczywiście, wygląda to na celebrację „versus populum”. W istocie jednak nie chodziło o coś takiego, albowiem w wieczerniku nie było oczywiście żadnego „ludu”, w stronę którego Pan musiałby się obracać. Tym samym upada argumentacja Lutra. O ile zresztą wiemy, nie żądał on wprowadzenia celebry w kierunku wiernych, jak to później stało się w gminach ewangelickich (tych reformowanych).

(…)

Pytanie 2

Jak można oponować przeciw ołtarzom ludowym, skoro wstały one przepisane przez. Sobór i zostały wprowadzone praktycznie na całym świecie?

W wydanej przez Sobór Watykański II w 1963 r. Konstytucji o Liturgii na próżno by szukać jakiegokolwiek przepisu, według którego Msza Św. musiałaby być odprawiana przodem do ludu. Jeszcze w 1947 r. papież Pius XII w encyklice „Mediator Dei” podkreślał, że „ten, kto chciałby przywrócić ołtarzowi starą formę mensy (stołu), zbacza ze słusznej drogi” (n. 49). Aż do Soboru celebracja „versus populum” nie była dozwolona; była ona jednak milcząco tolerowana przez licznych biskupów, szczególnie podczas Mszy dla młodzieży. Zwyczaj odprawiania „twarzą do ludu” pojawił się u nas w Niemczech wraz z ruchem młodych w latach dwudziestych, gdy zaczęto celebrować Eucharystię w małych grupach. Prekursorem był Romano Guardini ze swoimi nabożeństwami na zamku Rothenfels. Ruch liturgiczny, w szczególności Pius Parsch, również propagował ten zwyczaj. Przystosował on w tym celu dla swojej „liturgicznej gminy” mały romański kościół św. Gertrudy w Klosterneuburgu (koło Wiednia). Wyżej przytoczone dążenia znalazły swój wyraz w instrukcji Kongregacji Rytów zatytułowanej „Inter Oecumenici”, przejętej również w nowym mszale (nie została ona umieszczona cała w mszale, lecz tylko częściowo w tym punkcie przejęta). Dla nowobudowanych kościołów przewiduje ona:

„Główny ołtarz powinien być wolnostojący, tak aby można go było bez trudności obchodzić i zwróciwszy się ku wspólnocie odprawiać na nim Mszę. Powinien on być ustawiony w taki sposób, aby rzeczywiście tworzył centralny punkt wnętrza, w stronę którego zwraca się cała uwaga wiernych” (IGMR, n. 262; por. Inter Oecumenici, n. 91).

Niestety prawdą jest to, że ołtarze ludowe zostały wprowadzone prawie w całym Kościele rzymsko-katolickim. We właściwym sensie nie są one jednak nakazane. W prawosławnych Kościołach Wschodu, a w grę wchodzi tutaj ciągle kilkaset milionów chrześcijan – cały czas przestrzega się wczesnochrześcijańskiego zwyczaju, że celebrans podczas odprawiania Najświętszej Ofiary jest zwrócony razem z wiernymi w kierunku apsydy. Tak jest zarówno w Kościołach rytu bizantyjskiego (Grecy, Rosjanie, Bułgarzy, Serbowie, itd.), jak i w Kościołach tzw. starowschodnich (Ormianie, Syryjczycy, Koptowie). Czym innym jest zaś pytanie, czy ołtarz winien być ołtarzem wolnostojącym, „tak, aby możnaby go było bez trudności obchodzić”. To żądanie Kongregacji Rytów pozostaje w całkowitej zgodności z Tradycją.

(…)

Pytanie 7

Istnieją wszakże badania, chociażby te autorstwa prof. Otto Nusbauma, w których naukowo wykazuje się, że już w najstarszych czasach istniała celebracja przodem do ludu, co więcej była ona pierwotna.

Nusbaum w swojej obszernej pracy „Der Standort des Liturgen am christlichen Altar” (1965) wyraża opinię, że „od czasu wybudowania własnych budynków kultowych nie istniała żadna ścisła reguła określająca po której stronie ołtarza winno być miejsce dla odprawiającego. Mógł on stać zarówno przed, jak i za ołtarzem” (s. 408). Uważa on równocześnie, że aż do VI wieku częściej celebrowano przodem do ludu. Nusbaum nie dokonuje wszelako wyraźnego rozróżnienia między kościołami posiadającymi apsydę zwróconą na wschód i tymi posiadającymi apsydę w kierunku zachodnim, a co za tym idzie z wejściem umiejscowionym po wschodniej stronie. To ostatnie ukierunkowanie reprezentują prawie wyłącznie bazyliki z IV wieku, a przede wszystkim te zbudowane przez cesarza Konstantyna i jego matkę Helenę, jak np. Bazylika św. Piotra w Rzymie. Jednakże już w V wieku Paulinus z Noli określa zwrócenie apsydy na wschód jako „najpowszechniej stosowane” („usitatior” EP. 32, 13; PL 61, 337). Bazyliki mające wejście po wschodniej stronie napotykamy więc przede wszystkim tylko w Rzymie i Północnej Afryce, podczas gdy na Wschodzie występowały one stosunkowo rzadko (w Tyrze, Antiochii). Konstantyńskie ustawienie wejścia na wschodniej stronie wzorowało się na położeniu świątyni w Jerozolimie (por. Ez. 8, 16), jak również niektórych świątyń antycznych, które przez swoje otwarte drzwi wpuszczały do środka światło wschodzącego słońca, oświetlające umieszczone wewnątrz wizerunki bóstw. W chrześcijańskich bazylikach posiadających wejście od strony wschodniej, celebrans prawidłowo musiał stać przy „tylnej” stronie ołtarza, tak aby podczas sprawowania Najświętszej Ofiary był zwrócony ku wschodowi. Z kolei w bazylikach z apsydą ustawioną na wschód stał on zawsze „przed ołtarzem” (ante altare), a więc plecami do wiernych. Fakt, że w tych ostatnich bazylikach miejsce dla celebransa znajdowało się również za ołtarzem, jest wielorako przytaczany jako dowód na to, że stał on także w tym miejscu i był tym samym zwrócony ku ludowi – szczególnie wtedy, gdy prócz tego przy apsydzie znajdowała się ława dla kapłanów (wraz z tronem biskupim). Jest to jednak zupełnie wyraźnie błędny wniosek, (który przyjął także Nusbaum). Błędność tą można niezbicie wykazać w wielu wypadkach na podstawie znalezisk archeologicznych (por. Gamber, Liturgie und Kirchenbau, s. 16-18). Z jakiegoż to innego powodu ukierunkowywano by te kościoły dokładnie ku wschodowi?

Pytanie 8

Skoro jednak w kościołach z apsydą skierowaną na zachód, kapłan stal „za” ołtarzem, to czy nie dochodziło tym samym do celebracji przodem do ludu?

Nie! Podczas eucharystycznej modlitwy ofiarnej (Canon missae), nie tylko celebrans, ale i uczestniczący wierni byli zwróceni twarzą na wschód. W najdawniejszych czasach również wierni razem z kapłanem wyciągali ręce przy modlitwie, co zauważa Jan Chryzostom (PG 62, 204, por. ilustr. 9). Wszyscy spoglądali w kierunku otwartych drzwi kościoła, przez które wpadało do wewnątrz światło wschodzącego słońca – symbol zmartwychwstałego i powtórnie przychodzącego Chrystusa. Pomijając szczególną cześć, jaką żywił dla symbolu słońca cesarz Konstantyn (budowniczy owych bazylik), niewątpliwie jakąś rolę odgrywał przy tym jeden fragment z proroctwa Ezechiela, gdzie czytamy (43, l): „Potem poprowadził mię ku bramie, która skierowana jest na wschód. A oto chwała Boga Izraela zjawiła się od wschodu”. Przez otwarte na wschód drzwi bazyliki oczekiwano więc przyjścia Jezusa Chrystusa, jako uczestnika celebracji Eucharystii (podobnie jak niejednokrotnie objawiał się On też swoim uczniom podczas uczty; por. Łk. 24, 36-49; J 21-Dz.Ap.1,4). Wierni (mężczyźni i kobiety oddzielnie) nie stali pierwotnie w nawie głównej, ale w nawach bocznych; dlatego też liczba tych ostatnich w wielkich bazylikach dochodziła do sześciu. Bazyliki: Laterańska i św. Piotra w Rzymie miały tylko cztery nawy boczne. Ustawienie wiernych w bocznych nawach odpowiada siedzeniom przy ścianach bocznych we wczesnochrześcijańskich małych kościołach (coś podobnego jest powszechne jeszcze dzisiaj w kościołach na Wschodzie). Tutaj pozostaje dla funkcji kultu wolna przestrzeń w nawie głównej, względnie w miejscu pod centralną kopułą. Starsi wiekiem wierni zajmują miejsca siedzące (stasidia) znajdujące się wzdłuż ścian kościoła oraz w nawach bocznych, pozostali uczestniczą w nabożeństwach na stojąco. Na Wschodzie postawa stojąca – a nie klęczenie, jak u nas w poprzednim okresie – uważana jest za postawę odpowiednią dla uczestniczenia w liturgii; jest przy tym postawą wymagającą wiele fizycznej dyscypliny, szczególnie podczas długich nabożeństw. Wykopaliska oraz stosowna ikonografia pokazują (por. ilustr. 6), że w konstantyńskich i pólnocnoafrykańskich bazylikach ołtarz stał mniej więcej w środku nawy głównej. Był on ze wszystkich stron otoczony balustradami i z reguły był zwieńczony baldachimem. Chór śpiewaków (scola cantorum) stał naprzeciwko celebransa.

(…)

Pytanie 11

No tak, jest to wszystko z pewnością prawdziwe i słuszne. Ale czyż nie jest przecież tak, że współczesny człowiek prawie nie rozumie zwrócenia się w kierunku wschodnim podczas modlitwy? Dla niego wschodzące słońce nie ma już siły symbolu, tak jak to się działo w przypadku starożytnych lub nawet ludzi obecnie zamieszkujących rejon Morza Śródziemnego, którzy o wiele bardziej intensywnie odczuwają obecność słońca, niż my ” ludzie z północy „. Dla nas, współczesnych chrześcijan, o wiele ważniejsza jest wspólnota eucharystycznego stołu.

Chociaż współczesny człowiek nie zwraca już więcej uwagi, w jakim kierunku się modli (choć czynią to muzułmanie modląc się w kierunku Mekki oraz Żydzi zwracający się w kierunku Jerozolimy), to powinien on jednak pojmować sens przyświecający wspólnemu kierunkowi modlitwy kapłana i wiernych. Zwyczaj, że wszyscy obecni w ten sam sposób zwróceni są „przodem ku Panu” jest w każdym razie ponadczasowy i dlatego również dzisiaj ma sens. Obok aspektu teologicznego związanego z postawieniem naprzeciw siebie kapłana i wiernych podczas celebracji eucharystycznej Ofiary, należy wskazać również na problemy socjologiczne, należące do kwestii eksponowania „wspólnoty eucharystycznego stołu”. Tak profesor socjologii W. Siebel, w swojej rozprawce „Liturgie als Angebot” pisze, że zwrócenie się kapłana ku ludowi: „może być uważane jako najwyraźniejszy symbol nowego ducha w liturgii”.

Dalej stwierdza on, że: „Dotychczas powszechna forma ukazywała kapłana jako przewodnika i reprezentanta, który zamiast całej wspólnoty rozmawia z Bogiem na podobieństwo Mojżesza na Synaju. Wspólnota jawiła się jako ta, która śle przesłanie (modlitwa, uwielbienie, ofiara), a kapłan jako przewodnik przekazujący to przesłanie i Bóg jako odbiorca przesłania”.

Siebel mówi dalej, że w nowej praktyce, kapłan jawi się „już niejako reprezentant wspólnoty wiernych, ale jako aktor w centrum Mszy odgrywający rolę Boga, na podobieństwo jakichś religijnych przedstawień”. Wyciąga z tego wniosek: ” Skoro przez swoją nową pozycję kapłan staje się aktorem, mającym odgrywać na scenie rolę Chrystusa, tym samym Chrystus i kapłan poprzez aktorskie odegranie zostają utożsamieni w sposób nie do przyjęcia.”

Gotowość, z jaką prawie wszyscy kapłani przyjęli celebrację „versus populum” Siebel uzasadnia następująco: ” Znaczna niepewność i osamotnienie tych księży w naturalny sposób prowadziły do poszukiwania nowych punktów oparcia. Do nich należały emocjonalne wsparcie, zapewniane kapłanowi przez znajdującą się przed nim wspólnotę. Tutaj powstaje jednak zaraz, nowy rodzaj zależności: jest to zależność aktora od publiczności”.

Podobnie uważa K. G. Rey w swojej pracy „Pubertat-serscheinungen in der katholischen Kirche”: „Podczas, gdy dotąd kapłan jako anonimowy pośrednik i znajdujący się na czele wspólnoty, był zwrócony ku Bogu a nie ku ludowi składał za wszystkich i wraz ze wszystkimi Ofiarę; i podczas gdy były specjalnie dla niego przepisane modlitwy, to dzisiaj występuje on przed nami jako człowiek ze swoimi osobistymi cechami, osobistym stylem i ze zwróconym ku nas obliczem. Dla wielu księży oznacza to pokusę „prostytuowania ” własnej osoby, pokusę, która ich przerasta. Mało tego! Wielu potrafi to mniej lub bardziej wyrafinowanie wykorzystać. Ich gesty, mimika, ruchy, ich cały sposób zachowania staje się sugestywnym oknem wystawowym ich własnej osoby. Dodatkowo niektórzy nachalnie zwracają na siebie uwagę poprzez wciąż powtarzające się komentarze, uwagi, a ostatnio i przez własne formuły powitania i pożegnania… Sukces produkowanej przez siebie sugestii jest dla nich miarą ich władzy, a przez, to normą ich poczucia bezpieczeństwa” (s. 25).

Siebel, odpowiadając na przytoczoną na początku opinię pochodzącą od Klausera, że celebracja „versus populum ” wyraźniej „uwidacznia wspólnotę eucharystycznego stołu”, pisze, że „zamierzone skupienie całej wspólnoty przy stole wieczerzy raczej nie prowadzi do wzmocnienia świadomości wspólnoty. Przecież przy stole znajduje się tylko ksiądz, i to w dodatku stojąc. Pozostali uczestnicy uczty siedzą mniej lub bardziej oddaleni na widowni”. Według Siebela dochodzi do tego jeszcze jeden element: „Z reguły stół znajduje się na podwyższeniu w dużym oddaleniu, co już sprawia, że chociażby przez to nie jest możliwe w tym przypadku spowodowanie ścisłej więzi, takiej, jaka panowała w Wieczerniku. Odgrywający swoją rolę, zwrócony do ludu kapłan, łatwo może sprawiać wrażenie jakby przedstawiał kogoś gotowego do zaoferowania czegoś. Aby osłabić ten widok próbuje się przysunąć ołtarz bliżej do wiernych. Nie musi się więc widzieć tylko kapłana, ale można również spoglądać na siedzących obok lub po przeciwnej stronie innych uczestników nabożeństwa. Wskutek wsunięcia ołtarza we wspólnotę zatraca się dystans między sakralnym centrum a wspólnotą. Dreszcz przejęcia, związany niegdyś z obecnością Boga w kościele, zamienia jakieś blade wrażenie, które ledwo co może się przeciwstawić codzienności. Poprzez ustawienie kapłana za ołtarzem, z twarzą do ludu, ten pierwszy staje się (z socjologicznego punktu widzenia) zarówno aktorem – z całą zależnością od publiczności -jak i sprzedawcą, który wobec klienteli występuje z ofertą. Alfred Lorenzer w swojej cytowanej już książce: „Das Konzil der Buchhalter”, wskazuje na inne względy, po części estetycznej natury : „Mikrofon upublicznia (publikuje) nie tylko każdy najdrobniejszy oddech i szelest. Cały widzialny obraz zbliża to co się dzieje bardziej do aranżacji kucharzy telewizyjnych niż do form liturgicznych kościołów reformowanych. W tych ostatnich sakralne czynności wstały zepchnięte na margines, zredukowane do prostoty i krótkości; w reformie liturgicznej czynność ta pozostaje właśnie elementem centralnym; pozbawiona swojej ozdobności gestów, ale drobiazgowo zachowana jako instrumentalny kompleks czynności. Wykonywana teraz na oczach wszystkich w owej pozornej przejrzystości, która myli zmysłowość manipulowania z przejrzystością mitu. W każdym razie jest to przedstawiane w takim układzie, że każdy szczegół rytuału spożywania jest nachalnie eksponowany: widzi się więc jak jakiś człowiek uciążliwie łamie zbyt dużą hostię, jak ją następnie wsuwa do ust. Stajemy się świadkami nie zawsze pięknego sposobu przeżuwania, osobliwości związanych ze spłukiwaniem przyschłego Chleba lub techniką, opłukiwania kielicha oraz mniej lub bardziej zgrabnego… sposobu jego wycierania” (s. 192). Tyle o socjologicznych aspektach związanych ze zwrotem ku ludowi kapłana odprawiającego Eucharystię. Inaczej rzecz się ma oczywiście z głoszeniem Słowa Bożego. Ta czynność zakłada postawienie naprzeciw siebie kapłana i ludu, podobnie jak za rzecz oczywistą uchodził zawsze zwrot ku ludowi kaznodziei lub diakona podczas śpiewania Ewangelii. Inaczej jest jednak (o czym mówiłem) z właściwą celebracją Ofiary. W tym przypadku (w przeciwieństwie do liturgii Słowa), liturgia nie jest jedynie „ofertą”, ale świętym wydarzeniem, w którym łączy się Niebo z ziemią i Bóg pochyla się w łasce ku nam. Dopiero podczas udzielania Komunii, podczas Uczty eucharystycznej w ściślejszym sensie, ponownie dochodzi do ustawienia naprzeciw siebie kapłana i komunikujących. Właśnie ta zmiana ustawienia kapłana przy ołtarzu w trakcie odprawiania Mszy ma niemałe symboliczne i socjologiczne znaczenie: podczas modlitwy i składania Ofiary skierowuje on swój wzrok ku Bogu razem z wiernymi; natomiast jako ten, który przekazuje Słowo Boże i udziela Eucharystię, zwraca się przodem do wspólnoty. Zwrócenie się na wschód, jak widzieliśmy, jest tak stare jak sam Kościół i dlatego jest zwyczajem, który nie może zostać zmieniony. Jest to stałe „spoglądanie na miejsce Pana” (J. Kunstmann), albo też, jak pisze Orygenes w swoim piśmie o modlitwie (c. 32): ” Symbol tego, ze dusza wypatruje wzejścia prawdziwego Światła „, ” oczekując błogosławionej nadziei i objawienia się chwały wielkiego Boga i Zbawiciela naszego, Jezusa Chrystusa” (Tt. 2, 13).

Pytanie 12

Dlaczego przez zwrócenie się kapłana przodem do ludu charakter Mszy jako Ofiary miałby być – jak to się sądzi – mniej wyraźnie podkreślony?

Mam inne pytanie: Skoro w kręgach ekspertów dobrze się wie, że w przypadku „ołtarza ludowego” nie można się powoływać na wczesnochrześcijańską praktykę, to dlaczego nie wyciąga się stąd koniecznego wniosku i nie usuwa „stołów do uczty” w zadziwiająco podobny sposób postawionych na całym świecie? Otóż dlatego właśnie, że bardziej niż stara praktyka odpowiadają one nowemu pojmowaniu Mszy i Eucharystii. Wyraźnie pragnie się dzisiaj uniknąć skojarzenia, że „święty stół” (jak nazywa się on na Wschodzie) to ołtarz ofiarny. Może to być także przyczyną, dla której prawie wszędzie stawia się na nim bukiet kwiatów oraz dwie lub trzy świece, na podobieństwo stołu nakrytego do świątecznego posiłku spożywanego w rodzinnym kręgu. Świece stawia się po lewej stronie „stołu”, podczas gdy wazon z kwiatami zajmuje stronę przeciwną. Ten brak symetrii jest zamierzony; nie powinno się tworzyć żadnego punktu odniesienia, a takim dotychczas był krzyż, ze świecami ustawionymi po jego prawej i lewej stronie. Ma to być właśnie stół do posiłku. Stoi się przed ołtarzem ofiarnym, a nie za nim. Ta reguła obowiązywała już kapłana-ofiarnika w pogaństwie. Jego spojrzenie zwracało się ku znajdującemu się w świątyni wizerunkowi bóstwa, któremu składano ofiary. Podobnie działo się w świątyni jerozolimskiej. Tutaj również kapłan składający krwawą ofiarę stał przed ,,Stołem Pana” (por. Mai. l, 12), jak nazywano wielki ołtarz całopalenia umieszczony na świątynnym dziedzińcu naprzeciw zawierającego Arkę Przymierza „Świętego Świętych”; miejsca, w którym zamieszkiwał Najwyższy (por. Ps 116, 17). Posiłek spożywa się w kręgu rodzinnym, któremu przewodzi ojciec rodziny; we wszystkich jednak religiach ofiarę składa specjalnie do tego celu wyznaczony ofiarnik, składają w – lub przed swiętym miejscem (może to być także święte drzewo). Ofiarnik jest wzięty z tłumu i zajmuje miejsce przed nim, przed ołtarzem, w obliczu bóstwa. Od dawien dawna podczas składania ofiary ludzie zwracali się w kierunku tego, komu składano ofiarę, a nie ku współuczestniczącym. Orygenes oddaje pogląd wczesnego Kościoła, gdy komentując Księgę Liczb mówił (10, 2): „Ten, kto stoi przed ołtarzem daje świadectwo pełnienia kapłańskich czynności. Urząd kapłański polega zaś na składaniu ofiar przebłagalnych za grzechy ludu”. Jest to myśl, która dziś, gdy coraz bardziej zanika świadomość grzechu, wydaje się, że została zatracona. Luter jak wiadomo negował charakter Mszy Świętej jako Ofiary. Upatrywał w niej tylko głoszenie Słowa Bożego wraz z następującym po tym „świętem wieczerzy”. Dlatego też postawił cytowane na początku wymaganie, aby kapłan zwrócił się ku wiernym. Rozmaici nowocześni teologowie katoliccy wprawdzie nie negują wprost ofiarnego charakteru Mszy Św., pragną jednak zepchnąć go na dalszy plan tak, aby bardziej podkreślić charakter Mszy jako uczty. Często czyni się tak ze względów ekumenicznych z uwagi na protestantów, gdy jednocześnie nie bierze się pod uwagę odpowiednich względów wobec prawosławnych Kościołów Wschodnich, prawosławnych, dla których ofiarny charakter „Boskiej Liturgii” jest niezaprzeczalny. Zmianę w pojmowaniu Mszy i Eucharystii spowoduje dopiero usunięcie obecnych stołów i powrót do odprawiania przy „wielkim ołtarzu”; zmianę polegającą na uznaniu we Mszy Św. aktu adoracji i uczczeniu Boga, i podziękowaniu za Jego dobrodziejstwa, uznaniu w Niej aktu zbawienia i powołania do Jego niebieskiego Królestwa oraz jako mistycznego uobecnienia Ofiary Krzyżowej Pana. Jak już mówiliśmy nie wyklucza to pełnienia liturgii Słowa z pulpitu lub miejsc przeznaczonych dla duchowieństwa. Jednak wszystkie modlitwy należy odmawiać w kierunku wschodnim, tj. przodem do wizerunku Chrystusa w apsydzie oraz przodem do krzyża stojącego na ołtarzu. Ponieważ podczas naszej ziemskiej pielgrzymki nie możemy ujrzeć całej wielkości świętowanego Misterium – nie mówiąc już o tym, że nie ujrzymy samego Chrystusa i „niebiańskiej wspólnoty” – więc nie wystarczy ciągle mówić o podniosłości Ofiary Mszy Świętej. Należy raczej uczynić wszystko, aby Jej wielkość ukazać ludziom naocznie przez samą celebrację, jak i przez artystyczny wystrój świątyni, a przede wszystkim ołtarza. Zarówno w odniesieniu do czynności kultowych jak i do wizerunków należy stosować to, co Pseudo-Dionizy Arepagita – w swojej rozprawie „O świętych Imionach” nazywa „świętymi welonami”, które – jak pisze: ” teraz jeszcze ukrywają to, co duchowe, w tym co poznajemy zmysłami; to co ponadziemskie, w tym co ziemskie; okrywają postacią i obrazem to, co nie ma ani kształtu ani postaci… Z czasem jednak, gdy staniemy się już nieprzemijający i nieśmiertelni oraz spoczniemy w błogosławionym pokoju u boku Jezusa Chrystusa, pozostaniemy na zawsze razem z Panem – jak powiada Pismo (por. l Tess.4,1) – całkowicie przepełnieni widokiem jego widzialnego objawienia się”.

ZAKOŃCZENIE

Nasze wywody powinny były jasno wykazać, że aż do Marcina Lutra nie napotykamy nigdzie pomysłu zwrócenia kapłana przodem do ludu podczas odprawiania Mszy Świętej; w obronie tego pomysłu nie można także podawać wyników badań archeologicznych. Specyficzny zwrot „versus populum” – przodem do ludu pojawia się po raz pierwszy w konkretnym brzmieniu w oficjalnym tekście w „Ritus servandus in celebratione Missae” („Ryt który ma być używany podczas odprawiania Mszy Świętej”) w Mszale Rzymskim (Missale Romanum) zredagowanym w 1570 roku przez papieża Piusa V na polecenie Soboru Trydenckiego. Mówi się tutaj (w rozdziale V, 3) o przypadku, gdy „ołtarz jest zwrócony na wschód lecz nie w kierunku apsydy, a w kierunku ludu” (altare sit ad orientem, versus populum) – co, jak już o tym wspominaliśmy dotyczy niektórych starych kościołów rzymskich. Jednak akcent jest tutaj położony na „ad orientem” co się chętnie pomija, podczas gdy „versus populum” przedstawia tylko pewne uzupełnienie ze względu na bezpośrednio następujące polecenie, że w omawianym przypadku kapłan przy „Dominus vobiscum” nie powinien obracać się (non vertit humeros ad altare), jako że już jest zwrócony ku ludowi, który ma pozdrowić. Takie ustawienie kapłana „za ołtarzem” w niektórych rzymskich bazylikach, prowadziło w ruchu młodych lat dwudziestych (o czym już mówiliśmy) do fałszywego mniemania, jakoby tutaj w Rzymie zachował się wczesnochrześcijański zwyczaj. Podobnie jak w zachodnim Kościele, tak i w Kościołach Wschodu nigdy nie było w zwyczaju celebry „versus populum”, nie istnieje tam nawet na to odpowiedni termin. Godne zauważenia jest to, że podczas koncelebry (która – jak wiadomo była ciągle w prawosławiu praktykowana) główny celebrans zgodnie z regułą jest ustawiony plecami do wiernych, podczas gdy koncelebrujący kapłani stają na lewo i prawo od niego, po obu stronach ołtarza. Nigdy jednak nie zajmują oni miejsca po tylnej stronie ołtarza. Nie należy jednakowoż przemilczeć faktu, że również w obrębie Kościołów wschodnich istniały dążenia (sporadycznie występujące nadal) aby sprawować liturgię przodem do ludu, albo przynajmniej ołtarz postawić przed ikonostasem. Patriarcha Moskwy Tichon jasno rozpoznał płynące stąd niebezpieczeństwa dla prawidłowego odprawiania nabożeństw. W 1921 r, w odezwie do wszystkich biskupów Rosji skierowanej w związku z nowinkami propagowanymi i praktykowanymi przez niektórych kapłanów po rewolucji rosyjskiej, pisał: ” Wszystko to czyni się pod pozorem przystosowania liturgii do wymagań nowych czasów, aby wprowadzić do nabożeństwa konieczne ożywienie i w ten sposób zachęcić wiernych do przychodzenia do kościoła. Takim oto występkom, takim samowolnym działaniom pojedynczych osób odnośnie sprawowania Służby Bożej nie udzielamy błogosławieństwa, ponieważ nie możemy tego uczynić. Boskie piękno naszej Liturgii, tak jak jest ona ustanowiona przez Cerkiew w swoich księgach rytualnych, rubrykach oraz przepisach, musi pozostać nienaruszone, albowiem jest to jej największy i najświętszy skarb „. Dalszy rozwój wypadków przyznał rację Patriarsze. To, że rosyjski Kościół prawosławny jeszcze dzisiaj żyje, a nawet rozkwita, zawdzięcza on przede wszystkim wiernemu zachowywaniu i pielęgnowaniu tradycyjnej liturgii. Jak już mówiliśmy, zasadniczą kwestią związaną z ustawieniem kapłana przy ołtarzu jest ofiarny charakter Mszy. Składający ofiarę zwraca się ku temu, któremu składana jest ofiara; kapłan stoi więc przed ołtarzem „ad Dominum”, przodem do Pana. Chociaż dzisiaj chciałoby się w sprawowaniu Eucharystii podkreślić jej charakter uczty, to jednak poprzez celebrację „versus populum” nie staje się on tak bardzo widoczny, jak się często uważa czy pragnie. Jedynie bowiem „przewodniczący uczty” przebywa w tym przypadku przy samym stole. Pozostali „współbiesiadnicy uczty” znajdują się w nawie kościoła, a więc na „widowni”, bez bezpośredniego związku ze „stołem do posiłku”. Dlatego też w mniejszym kręgu osób przechodzi się już dzisiaj do ustawienia wszystkich uczestników dookoła ołtarza – przez co jednak zupełnie zatarty jest ofiarny charakter Mszy. Temu stanowi rzeczy można najlepiej zaradzić, gdy – jak to było zawsze – wszyscy wraz z kapłanem zwrócą się przodem do Pana, a więc w tym samym kierunku. Zgodnie z katolicką nauką Msza Święta jest czymś więcej niż tylko wspólną ucztą ku upamiętnieniu Jezusa z Nazaretu. Nie jest tutaj decydujące zaistnienie i przeżywanie wspólnotowości (choć nie należy tego nie doceniać, por. l Kor. 10, 17) – ale kultyczna służba pełniona przed Bogiem. Punktem odniesienia musi być zawsze Bóg, a nie człowiek. Dlatego też podczas modlitwy od samego początku zwracano się ku Bogu, a nie do siebie nawzajem. Musimy stąd wyciągnąć konsekwencje i jasno uznać celebrację „versus populum” za błąd. Jest ona w końcu zwróceniem się ku człowiekowi, zamiast ku Panu.