Ukryte oblicze mediów (cz. 3)

(dodatek do ,,Naszego Dziennika”)

Agresja ateistyczna

Stoimy w obliczu drastycznego paradoksu. Polska jest krajem, w którym 95 proc. społeczeństwa deklaruje się jako wierzący katolicy. Równocześnie zaś aż 85-90 proc. mediów uczestniczy w zatruwającej umysły systematycznej akcji ateizacyjnej. Jak należałoby temu przeciwdziałać? Co powinno być programem minimum w tym względzie? Przede wszystkim już dawno powinno powstać opracowanie tego typu, jak to, które teraz przedstawiam: Biała księga na temat agresywnej ateizacji, tyle że przygotowana przez całą grupę osób od lat zajmujących się fachowo tą problematyką. Powinien funkcjonować stały zespół do spraw zagrożeń ateizacyjnych.

,,Newsweek” w awangardzie walki z Kościołem

Wśród tygodników od kilku lat szczególnie dużą rolę w walce z Kościołem zaczyna odgrywać wydawany przez niemieckiego Springera „Newsweek”. Tygodnik ten zaczął wyraźnie wyprzedzać poprzedniego lidera antykatolickiej stawki – „Wprost”, dziś moderującego swój ton ze względu na postawienie na PiS i nagłe udawanie prawicowości. W odróżnieniu od „Wprost” „Newsweek” jest dziś chyba najzajadlejszym wrogiem PiS i Kaczyńskich wśród tygodników (zdarzały mu się numery zawierające po siedem tekstów atakujących obecne rządy). Nienawiść do PiS i idei IV Rzeczypospolitej (osławione porównanie na łamach „Newsweeka” J. Kaczyńskiego do Putina) wydawany przez Springera tygodnik nader logicznie łączy z zajadłą niechęcią do Kościoła i polskiego patriotyzmu. (To w „Newsweeku” starano się maksymalnie nagłaśniać polakożercę Jana Tomasza Grossa nawet wtedy, gdy wszystkie inne media, widząc totalną kompromitację „Strachu” Grossa, wolały wybrać w tej sprawie milczenie z przymusu).

Wśród metod walki „Newsweeka” z religią jedną z najważniejszych wydaje się maksymalne powoływanie na „wszechpotężny” jakoby autorytet nauki przeciw wierze. Typowy pod tym względem był publikowany w „Newsweeku” z 20 lutego 2005 r. artykuł dr. Andrzeja Krajewskiego: „Nierozłączne siły”. Już w podtytule autor akcentował: „Hipotezy przeciw dogmatom – historia nauki to dzieje obalania prawd wiary”. Autor co prawda zaraz potem zastrzegł się, że historia nauki to też „odkrywania, że sprzeczności między wiarą i poznaniem są często pozorne”. Tyle że wbrew temu zastrzeżeniu faktycznie dowodził w artykule sprzeczności godzenia nauki z religią i to, że faktycznie wiara jest niepotrzebna w świetle osiągnięć nauki. W wybiórczej pisaninie dr. Krajewskiego zabrakło przypomnienia jakże wielu wybitnych fizyków jednoznacznie akcentujących swoją wiarę w Boga. Choćby czołowego fizyka XX-wiecznego Wernera Heisenberga, laureata Nagrody Nobla za tzw. zasadę nieoznaczoności. Zapytany w czasie jednego ze spotkań: „Czy pan profesor, taki wybitny, znany na całym świecie fizyk, wierzy w Boga?”, Heisenberg odpowiedział bez chwili wahania: „Pierwszy łyk z pucharu może uczynić ateistą, ale na dnie pucharu czeka Bóg”. Wyraźnie nie wiedział tego autor „Newsweeka” dr A. Krajewski.

Atak na „przewrażliwiony, zadufany” Kościół

W atakach na katolicyzm w „Newsweeku” jedną z wiodących ról odgrywał stały felietonista tego tygodnika Antoni Pawlak, niegdyś związany z „Gazetą Wyborczą”. Należał do tych osób, które próbowały uśpić czujność ludzi wierzących przez dosłowne pójście w zaparte w kłamaniu na temat tego, jak to Kościołowi w Polsce nic nie grozi, jak to wydumane rzekomo są wszelkie opinie o jego zagrożeniu (por. tekst A. Pawlaka, „Nieustannie oblężona twierdza”, „Newsweek” z 26 maja 2002 r.).

Pawlak podejmował w swych felietonach również konkretne ataki na wartości chrześcijańskie, bronione przez Kościół katolicki. Na przykład w tekście „Prawo człowieka do godnej śmierci” („Newsweek” z 27 lutego 2005 r.) ostro wystąpił przeciw sprzeciwowi Kościoła wobec eutanazji. Popierający eutanazję, a więc przestępstwo w świetle polskiego prawa, tekst A. Pawlaka ukazał się w „Newsweeku” bez żadnej próby polemiki.

Ataki na hierarchię katolicką

Wśród autorów „Newsweeka” szczególnie chętnie wbijających szpile w Kościół jest publicysta Jarosław Makowski, członek redakcji lewackiego kwartalnika „Krytyka Polityczna”, gdzie zasiada razem z osławioną fanatyczką antykościelną M. Środą, ateistką i kosmopolitką K. Dunin i zaciekłym tropicielem „polskiego antysemityzmu” S. Kowalskim. W artykule „Bogu co cesarskie” („Newsweek” z 17 czerwca 2007 r.) Makowski zaatakował dużą część polskiej hierarchii katolickiej, zarzucając jej nadmierne skłonności do zaangażowania w życie polityczne. Szczególnie ostro napadł na obecnego przewodniczącego Episkopatu ks. abp. Józefa Michalika. Wypominał arcybiskupowi m.in. jego słynną wypowiedź z początku lat 90.: „Nieraz mówię i będę nadal powtarzał: katolik ma obowiązek głosować na katolika, chrześcijanin na chrześcijanina, muzułmanin na muzułmanina, Żyd na Żyda, mason na masona, komunista na komunistę”.

Ciekawe, że Makowski – teolog „katolicki”, konsekwentnie stosował dwie miary. Do Radia Maryja odnosił się wciąż z niechęcią, wręcz nienawiścią, wielokrotnie atakując to Radio i o. Tadeusza Rydzyka. Typowym przykładem tego zacietrzewienia Makowskiego przeciwko ojcu T. Rydzykowi był jego tekst: „Radio bez ojca” („Newsweek” z 22 lipca 2007 r.). Już w podtytule tego tekstu Makowski wieszczył w oparciu o fałszywe informacje rychły koniec o. T. Rydzyka, pisząc: „(…) ‚Raz na zawsze’ – tak generał zakonu redemptorystów ks. Joseph Tobin chce załatwić sprawę o. Tadeusza Rydzyka. Szef medialnego imperium z Torunia wyjedzie prawdopodobnie na bardzo długie ‚rekolekcje’ (…)”.

Jakże odmienne, ba, wręcz przymilne było zachowanie teologa J. Makowskiego wobec człowieka, który zdradził Kościół, występując z zakonu – Stanisława Obirka. Przeprowadził z nim wywiad-rzekę, pełen błędów, a także krzywdzących opinii.

Tropienie „złych” rzeczy w Kościele

Kościół katolicki składa się z ludzi mających swoje wielkości i słabości. Na pewno nie jest nieomylny i popełnia też różne błędy. Zdeformowana jest jednak taka wizja („Newsweeka”), która nastawia się głównie na szukanie słabych stron Kościoła i wiary, przemilczając na ogół wszystko to, co w Kościele jest wielkie, godne podniosłych idei, które Kościół reprezentuje. Tymczasem w „Newsweeku” teksty ukazujące pozytywne strony Kościoła i wiary należą raczej do wyjątkowych „rodzynków”, tonących wśród dziesiątków publikacji, poszukujących „złych” stron Kościoła i wiary. Jakże rzadko publikowano tam np. teksty w stylu rozmowy z watykanistą George’em Weiglem „Niedziela w Polsce ciągle jest niedzielą” („Newsweek” z 11 sierpnia 2002 r.). Weigel powiedział w czasie tej rozmowy m.in.: „Jeszcze kilkanaście lat temu słuchałem przepowiedni, że gdy w Polsce skończy się czas walki z komunizmem, walki o wolność, skończy się też i katolicyzm. A dziś? W niedzielny wieczór zabrałem ludzi z całego świata na Mszę akademicką do krakowskiego kościoła Dominikanów. Mieli oczy wielkie jak talerze. Szczęki im opadły, gdy zobaczyli setki młodych ludzi tłoczących się w kościele”.

I to właśnie był prawdziwy obraz sytuacji w Polsce, gdzie jeszcze jest tak wiele żarliwej wiary, w odróżnieniu od sytuacji w niektórych krajach zachodnich (np. w Holandii), gdzie skrajny liberalizm tamtejszych Kościołów doprowadził do opustoszenia świątyń. Tylko że rzetelne spojrzenia na sytuację w Kościele typu G. Weigla należą w „Newsweeku” do nielicznych wyjątków. Jego autorzy wciąż uparcie poszukują urojonych słabszych punktów w Kościele. Nader typowy pod tym względem był publikowany w „Newsweeku” z 25 sierpnia 2002 r. tekst Ewy Jodłowskiej „Biblijna pokusa Ewy”. Autorka przedstawiała całą historię chrześcijaństwa jako wielką dyskryminację kobiet i pogardę Kościoła dla nich. Dziwnie zapomniała przy tym o jakże rozlicznych świętych kobietach stawianych za wzór w Kościele czy istniejącym od tylu stuleci kulcie maryjnym.

„Newsweek” odgrywał poczesną rolę w różnych zbiorowych kampaniach ataków przeciw poszczególnym duchownym, choćby atakujący ks. prałata Henryka Jankowskiego tekst „Polski czyściec” Wojciecha Maziarskiego („Newsweek” z 8 sierpnia 2004 r.). Dość znamienny był artykuł Tadeusza Maćkowiaka i Piotra Zaremby „Krucjata biskupa” („Newsweek” z 10 października 2004 r.). Autorzy, komentując usunięcie ks. Jankowskiego ze stanowiska proboszcza parafii św. Brygidy, dodawali z wyraźnym oczekiwaniem i nadzieją: „Taka lekcja poglądowa, jeśli będzie udana, może zachęcić biskupów z innych diecezji do pójścia w ślady Gocłowskiego. Oczywiście, znając kościelne tempo pracy, nie należy się spodziewać jakiejś ogólnopolskiej akcji zwalczania warchołów, ale na pewno można oczekiwać, że paru biskupów zacznie się zabierać za środowisko księdza Tadeusza Rydzyka (…)”.

Dość szczególnym wybrykiem był godzący w Ojca Świętego Benedykta XVI tekst Marka Lehnerta: „Watykan zaciera ślady” („Newsweek” z 18 marca 2007 r.). Autor twierdził, że: „Watykan zaciera ślady po aferze z niedoszłym ingresem abp. Stanisława Wielgusa”. Według Lehnerta, „Skandal (…) rzucił cień także na Benedykta XVI”.

„Newsweek” wziął bardzo aktywny udział w kolejnych, iście orwellowskich kampaniach nienawiści przeciw Radiu Maryja i ojcu Tadeuszowi Rydzykowi. Atak na Radio przybierał przeróżne formy. Na przykład „Newsweek” (nr 41 z 2001 r.) poświęcił całą kolumnę na zaprezentowanie obrzydliwej karykatury obrończyń Radia Maryja w wykonaniu Edwarda Dwurnika. W „Newsweeku” z 15 września 2002 r. ukazał się ogromniasty atak na Radio Maryja „Wojna o dusze” pióra Michała Karnowskiego i Szymona Hołowni. W czasie najnowszej kampanii przeciw Radiu Maryja w „Newsweeku” aż roiło się od paszkwilanckich napaści na Radio (vide m.in. teksty Marka Safjana: „Rydzykowi mówię nie”, Tomasza Jastruna: „Cloaca Maxima” i Szymona Hołowni: „Radio Kalewala”, „Newsweek” z 22 lipca 2007 r. i S. Hołowni: „Niezatapialny” – „Newsweek” z 29 lipca 2007 r.).

Postkomuniści z ,,Polityki” w ataku na Kościół

W walce z Kościołem po 1989 r. bardzo znaczącą rolę odgrywała postkomunistyczna „Polityka”, skupiająca w swej redakcji licznych dziennikarzy od dziesięcioleci zahartowanych w bojach z religią jako „opium dla ludu”. By wymienić choćby nazwiska Zygmunta Kałużyńskiego, Kazimierza Koźniewskiego, Andrzeja Garlickiego czy Jerzego Waldorffa.

Prawdziwym stachanowcem w walce z Kościołem katolickim, podobnie jak w walce z polskim patriotyzmem, był stary stalinowiec Zygmunt Kałużyński. Wydane w latach 90. jego książki – „Pamiętnik rozbitka” i „Bankiet w domu powieszonego”, aż roiły się od mało wybrednych ataków na Kościół katolicki. Kałużyński posunął się między innymi do skrajnych pośmiertnych ataków na księdza Jerzego Popiełuszkę, stwierdzając: „Konflikt Popiełuszko – jego zabójca Piotrowski nie reprezentuje walki dobra ze złem, lecz złego ze złem: przestępca polityczny morduje agitatora politycznego, posługującego się autorytetem religii. (…) Popiełuszko zginął nie dlatego, że był kapłanem, lecz dlatego, że był aktywistą (…) film, prawdziwie chrześcijański, musiałby odnieść się krytycznie do obydwu postaci tego dramatu: jego treścią jest, z jednej strony nadużycie władzy, z drugiej, nadużycie religii”. (Z. Kałużyński: „Bankiet w domu powieszonego”, Warszawa 1993, s. 113-114). Kałużyński chętnie wspomagał płodami swej „twórczości” również Urbanowe „Nie”, popisując się najobrzydliwszym religijnym fanatyzmem.

Inny filar postkomunistycznej „Polityki” – Kazimierz Koźniewski, swą skłonność do artykułów-donosów wyraził kiedyś w haniebnej broszurce „Biała plebania w Wolbromiu”. Z werwą szkalował w niej biskupa Kaczmarka i różnych księży, oskarżając ich o rzekome współdziałanie z hitlerowcami – zgodnie z ówczesną (był rok 1951) stalinowską stylistyką. Pisał o AK-owcach z podziemia: „Chcieli pić wódkę, grabić, mordować, a czynili to jeszcze goręcej, gdy ich sumienie uspokajano bluźnierczym powoływaniem się na słowo Boże” [u Koźniewskiego pisane małą literą – J.R.N.; por. K. Koźniewski: „Biała plebania w Wolbromiu”, Warszawa 1951, s. 15]. Odległych stalinowskich czasów sięgały osobiste tradycje walki z Kościołem Jerzego Waldorffa, który w służbie komunistycznego reżimu wypisywał najobrzydliwsze antykościelne kalumnie. Na przykład w artykule „Granice konfesjonału” („Przekrój” 1949, nr 204) podtrzymywał najskrajniejsze reżimowe oskarżenia w związku z procesem księży Furtaka i Łubieńskiego, oskarżonych o kontakty z antykomunistycznymi oddziałami zbrojnymi. W latach 90. ten sam Waldorff z całą dezynwolturą zapewniał: „Kiedy zaś mówimy o patriotycznych czy religijnych uczuciach Polaków, to najbardziej godzą w te uczucia wszelkie przesadne wypowiedzi w obronie moralności i Kościoła”.

Inny wpływowy od dziesięcioleci autor „Polityki” – historyk Andrzej Garlicki, jako historyk reżimowy już w 1963 r. ostrzegał na łamach „Polityki” przed „szkodliwymi” skutkami działań tysięcy punktów katechetycznych, w których uczą historii niezgodnie z oficjalnym partyjnym punktem widzenia. A więc „mącą” dzieciom w głowach, naruszając monopol „jedynie słusznego” punktu widzenia na historię Polski! W latach 90. Garlicki był autorem najbardziej zakłamanych podręczników szkolnych, w którym znów dał szeroko upust swym fobiom antykościelnym. I tak np. w podręczniku „Historia 1815-1939 dla szkół średnich” szkalował postać wielkiego patrioty bł. ks. abp. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego. W kolejnym podręczniku szkolnym „Historia 1939-1997 (98)” Garlicki z werwą oczerniał zachowanie polskiej hierarchii katolickiej w czasie wojny i w pierwszym okresie powojennym. (O tych kłamstwach Garlickiego szeroko już pisałem w „Naszym Dzienniku” z 11-12 maja 2002 r.). Najgorszy jest fakt, że pomimo zdemaskowania rok temu Garlickiego jako agenta UB, od 1954 r. pozostaje on nadal jednym z filarów „Polityki”, mającym dominujący wpływ na przyznawanie dorocznych nagród z dziedziny historii.

23 grudnia 1995 r. „Polityka” wydrukowała artykuł jednego z czołowych swych redaktorów Adama Krzemińskiego: „Jezus dla każdego”. Artykuł przynosił potężną porcję świętokradczych oszczerstw na temat Jezusa Chrystusa i Matki Bożej. Adam Krzemiński niejednokrotnie dawał wyraz swym antykościelnym fobiom. Na przykład w „Polityce” z 8 lipca 2000 r. pisał o „czarnej” Warszawie z „kostycznym (!) Prymasem Tysiąclecia”. Jak widać, postkomunistycznej „Polityce” dotąd zawadza pamięć wielkiego Prymasa Polski, który był taką zaporą w rozpowszechnieniu wpływów komunizmu w Polsce. 28 października 2000 r. Adam Szostkiewicz wystąpił na łamach „Polityki” z żarliwą obroną pełnego kłamstw o Papieżu i Kościele filmu Helen Whitney. W tekście zatytułowanym „Kamerą w papieża” Szostkiewicz z werwą wychwalał „wyzwalającą rolę” filmu H. Whitney. Rzeczywiście była to rola „wyzwalająca” – od prawdy!

28 sierpnia 2004 r. na łamach „Polityki” grubiańsko zaatakowano pamięć świętego ojca Maksymiliana Kolbego piórem osławionego propagandysty doby Jaruzelskiego R.M. Grońskiego. „Polityka” wzięła swój poczesny udział w nagłaśnianiu coraz bardziej odchodzącego od nauk Kościoła Stanisława Obirka, publikując ogromniasty wywiad z nim: „Jezus by się dziwił, co wyprawiamy”. („Polityka” z 26 marca 2005 r.).

Nieprzypadkowy był tak znaczący udział redakcji „Polityki” w kolejnych kampaniach nienawiści przeciw Radiu Maryja. Przypomnę tu tylko kilka z jakże wielu paszkwilanckich tekstów „Polityki”: J. Cieśla: „Czyj jest ‚Nasz Dziennik'”, „Polityka” z 18 września 2004 r.; A. Kozioł: „Alleluja i na wizję”, „Polityka” z 13 maja 2006 r.; T. Wołek: „Tron ponad ołtarze”, „Polityka” z 10 marca 2007 r.; J. Cieśla: „Kupiec między odkupicielami”, „Polityka” z 28 lipca 2007 roku. Rozmiary nienawiści postkomunistów z „Polityki” do Kościoła dobrze ilustrował opublikowany w lecie 2007 r. zapis na internetowym blogu Daniela Passenta (jednego z filarów „Polityki” i byłego zastępcy redaktora naczelnego tego tygodnika): „Ojciec Rydzyk to łajdak najgorszego gatunku (…)” (cyt. za „Najwyższy Czas” z 21 lipca 2007 r.). Znamienne, że M. Bajer i nikt z jej samozwańczego gremium, mającego bronić przestrzegania etyki w mediach, nie zdobył się na potępienie tak haniebnego tekstu Passenta!

W ostatnim czasie „Polityka” kolejny raz otwarcie ujawniła swe zajadłe antyreligijne fobie, polecając naklejką na okładce skrajną religiożerczą książkę Richarda Dawkinsa: „Bóg urojony”.

Bluźniercze tony w ,,Przekroju”

W PRL „Przekrój” był tygodnikiem stosunkowo lżejszego formatu, mniej upolitycznionym, za to mocniej wdającym się w dywagacje na temat kultury czy obyczajowości. Teraz to już wyraźnie przebrzmiała przeszłość. Szczególnie w ostatnich latach „Przekrój” zmienił się w jeden z bastionów wojującego liberalnego lewactwa, z takimi autorami jak Piotr Najsztub czy Wojciech Mazowiecki, syn nieszczęsnego premiera grubokreskowicza. Dość przypomnieć postaci trzech ostatnich redaktorów naczelnych „Przekroju”: P. Najsztub, jeden z filarów „michnikowszczyzny” w mediach; Mariusz Ziomecki, znany z uprzedzeń antypatriotycznych (to on w 1981 r. atakował słynną pieśń patriotyczną J. Pietrzaka „Żeby Polska była Polską…”, piętnując ją jako „nacjonalistyczną”!). I wreszcie obecny redaktor naczelny „Przekroju” Jacek Kowalczyk, którego sami koledzy z redakcji określają jako „ateistę z przekonania”. Nic dziwnego, że pod takimi naczelnymi w „Przekroju” wytworzyła się nader podatna gleba dla wystąpień ateizacyjnych. Warto dodać, że redakcja „Przekroju” należy do czołówki czasopism fanatycznie zwalczających rządy PiS i idee IV Rzeczypospolitej.

Prawdziwym symbolem antyreligijnych „fobii” „Przekroju” stał się drukowany w numerze z 14 czerwca 2007 r. panegiryczny wywiad Marcina Fabjańskiego z najbardziej fanatycznym ateistą brytyjskim Richardem Dawkinsem. Wywiad, bluźnierczo zatytułowany „Bóg, czyli wielkie zło”, roił się od świętokradczych stwierdzeń. Szczególnie oburzający jest fakt, że redakcja „Przekroju” poświęciła aż 4 kolumny swego tygodnika na agresywne, pełne nonsensów, tyrady przeciw Kościołowi i wierze świadomie obrażające wiernych i ich uczucia.

Kalumnie przeciw Matce Teresie

Autor bluźnierczego wywiadu z R. Dawkinsem – M. Fabjański „wsławił się” już przedtem niezwykle kalumniatorskim tekstem przeciw słynnej Matce Teresie z Kalkuty pt. „Zła święta” („Przekrój” z 6 lipca 2006 r.). Fabjański zachował się w tej sprawie jak „adwokat diabła” na procesach kanonizacyjnych. Z tą różnicą, że dostarczył czytelnikom „Przekroju” stek oszczerczych pomówień na temat Matki Teresy, nie przytaczając żadnych z jakże licznych dowodów jej wielkości i świętości. Przykro mi, że muszę tym razem przytoczyć niektóre z tych absurdalnych oszczerstw Fabjańskiego. Jednak bez zacytowania przynajmniej części z nich Czytelnicy nie będą w stanie docenić stopnia antyreligijnej nienawiści, sączonej w „Przekroju” przez Fabjańskiego et consortes. Wśród oskarżeń Fabjańskiego przeciw Matce Teresie znajdujemy zarzuty, jakoby była ona „fanatyczką i hipokrytką”, „malwersantką”, „sadystką” etc. Według bajdurzeń Fabjańskiego, Matka Teresa rzekomo „handlowała dziećmi”, „jest winna śmierci i nieszczęść wielu biedaków”, była katolicką fanatyczką, która chrzciła nieświadomych nędzarzy na siłę, zanim wyzionęli ducha”… W ogromniastym sześciokolumnowym paszkwilu Fabjańskiego nie znajdziemy ani jednego dobrego słowa na temat słynnej zakonnicy z Kalkuty, nie znajdziemy żadnych konkretnych świadectw w obronie jej pamięci. Jest jeden wielki tendencyjny atak, idący dosłownie „na całość” w niezbożnym dziele brukania jej pamięci. Należałoby zapytać, gdzie są granice odpowiedzialności i etyki dziennikarskiej, które tak mocno naruszył dziennikarz z „Przekroju”?

Mentalność Kalego u redaktorów „Przekroju”

Redaktorzy „Przekroju” nie mieli żadnych skrupułów przy drukowaniu obelg R. Dawkinsa pod adresem osób wierzących czy tekstu Fabjańskiego, pełnego oszczerstw pod adresem błogosławionej zakonnicy z Kalkuty. Z tym większym faryzeizmem za to lamentują nad ciężkim losem rzekomo prześladowanych i dyskryminowanych ateistów polskich. Oto niektóre fragmenty tego lamentu w wykonaniu Małgorzaty Święchowicz w tekście „Ciężkie życie ateisty” („Przekrój” z 18 stycznia 2007 r.): „Ateiści nie mają lekkiego życia. Więcej – marzą o respektowaniu ich praw (…). Chrześcijański czy katolicki system wartości jest jedynym powszechnie przyjętym systemem wartości w naszym kraju i nie ma on alternatywy – powiedział prezydent Lech Kaczyński w ‚Wiadomościach’ TVP w dniu odwołania ingresu arcybiskupa Stanisława Wielgusa. (…) Opinie takie jak prezydenta RP kwestionują i ignorują różnorodność, negują obecność w Polsce choćby Polaków niewierzących. W efekcie wielu ateistów we własnym kraju czuje się obywatelami drugiej kategorii. I – co gorsza – tak są traktowani (…). Nigdzie niewierzącym nie jest tak źle jak w Polsce – twierdzi Mariusz Agnosiewicz. Jest prawnikiem, dziennikarzem. (…) Doprawdy, ateista musi być wielkim patriotą, aby nadal uznawać Polskę za swoją ojczyznę”.

Uważna lektura „Przekroju” pokazuje, że redakcja stara się o wyraźne nagłośnienie osób, które mają podwójny „walor” w oczach redaktorów: są ateistami i są przeciw Kaczyńskim. By przytoczyć znamienne wynurzenia Kuby Wojewódzkiego w rozmowie z Piotrem Najsztubem w tekście „Polska powiatowa kontra Kuba Wojewódzki” („Przekrój” z 6 kwietnia 2006 r.). Czytamy tam taką uwagę K. Wojewódzkiego o J. Kaczyńskim: „(…) Robiąc porządek, powołuje się na Boga, Honor i Ojczyznę, te wartości bardzo często goszczą w przemówieniach i deklaracjach. Powiem szczerze jako ateista: boję się takiego Boga, boję się takiego Honoru i boję się takiej Ojczyzny”.

Niechęć do J. Kaczyńskiego i innych ludzi „dzisiejszej władzy” skłania Wojewódzkiego do wybielania postkomunistów. Szczerze zwierza się Najsztubowi: „Nigdy nie myślałem, że będę tęsknił za Danutą Waniek, nigdy nie myślałem, że będę tęsknił za facetem, który w pewien sposób wziął kiedyś udział w ‚tańcu z gwiazdami’ w Charkowie, czyli za Aleksandrem Kwaśniewskim. Nigdy nie przypuszczałem, że będę tęsknił za ludźmi tamtego rozdania. (…) Chyba tęsknię, bo jeśli oni ciągnęli tę wajchę z normalnością w swoją stronę, a ci próbują w swoją, to przy tych ostatnich szansa na normalność jest znikoma”.

Nagłaśnianie odstępcy Obirka

Wyraźnie widać, jaką radość sprawia redakcji „Przekroju” nagłaśnianie na swych łamach jezuity – odstępcy S. Obirka i innych duchownych, którzy są na bakier z naukami Kościoła i dyscypliną kościelną (np. księży homoseksualistów). Ciekawe, do jakiego stopnia odstępca Obirek jawi się w oczach redaktorów lewackich i liberalnych jako pierwszorzędny as atutowy w walce z Kościołem? Trzeba przyznać, że „Przekrój” starannie nagłaśniał osobliwego „duchownego” Obirka jeszcze na długo przed zerwaniem z zakonem jezuitów. To tam przecież ukazał się jego osławiony wywiad z 1996 r., gdy Obirek wyszydzał odmawianie pacierzy. Po wyjściu Obirka z zakonu redakcja „Przekroju” pospieszyła z obszernym kilkukolumnowym tekstem nagłaśniającym postać jezuity odstępcy pt. „Bo sukienka za ciasna była” pióra Magdaleny Arachid Chebab. („Przekrój” z 27 października 2005 r.). Przy okazji satysfakcji przypomniano wcześniejszy wywiad Obirka dla „Przekroju”, w którym nazwał Jana Pawła II „złotym cielcem”.

26 października 2006 r. „Przekrój” opublikował wywiad Katarzyny Kolendy-Zaleskiej z Obirkiem, poświęcony głównie lustracji w Kościele. Obirek uskarżał się tam na to, jakoby hierarchowie blokują lustrację w Kościele. Sugerował, że trzeba mocniej naciskać na nich, bo „Kościół zmieni się tylko pod wpływem presji”. Ciekawe, że te swoje krytyki blokowania lustracji w Kościele Obirek łączył z przedziwną wyrozumiałością dla jednego z najgroźniejszych byłych agentów SB w Kościele – ks. Michała Czajkowskiego. (Przypomnijmy, że ks. Czajkowski był agentem SB przez 24 lata, szpiclował m.in. przeciw bohaterskiemu ks. Jerzemu Popiełuszce i spotkał się aż 74 razy na „konsultacjach” ze współsprawcą mordu na ks. Popiełuszce – płk. Pietruszką). Według Obirka, ks. Czajkowski „nadal funkcjonuje w gronie przyjaciół – bo mylić się jest rzeczą ludzką”. Ładne mylenie się – szpiclowanie dla SB przez 24 lata!

Być może tym, co najbardziej łączy odstępcę Obirka z byłym agentem SB ks. Czajkowskim, jest skrajny filosemityzm. W wywiadzie udzielonym K. Kolendzie-Zaleskiej Obirek przeciwstawił się mówieniu, że Jan Gross i jego książki „pozbawiają Polaków godności”. Wybraniając najbardziej jadowitego polakożercę dzisiejszych czasów J.T. Grossa, Obirek głosił: „Myślę, że Jan Gross jest daleki od tego, aby pozbawiać Polaków godności i zasług w obronie Żydów, ale powiada, że jeśli chcemy być społeczeństwem dojrzałym, musimy otwarcie patrzeć w naszą przeszłość, także tę mniej szlachetną”.

Ten komentarz Obirka jest wymownym świadectwem, że jezuita odstępca jest dziś jak najdalszy nie tylko od Kościoła, ale i od polskiego patriotyzmu! Podobnie jak redakcja „Przekroju”, która bezkrytycznie, bez słowa komentarza nagłaśnia takie wybielanie autora polakożerczego „Strachu”.

Antykatolicki język nienawiści w ,,Przeglądzie”

Ataki na Kościół bardzo często wyrażane są w bardzo jadowitym języku nienawiści, godnym najgorszych czasów PRL. Oto kilka próbek. Krystyna Kofta pisała w postkomunistycznym „Przeglądzie” z 5 września 2004 r.: „Czasami wydaje mi się, że nie ma nic gorszego niż PPK, czyli Prawdziwy Polak Katolik”. Na łamach tegoż postkomunistycznego „Przeglądu” (nr z 3 października 2004 r.) został wydrukowany jeden z najagresywniejszych ataków na Kościół – tekst o niewybrednym tytule „Kopytka złożone do paciorka?”, pióra fanatycznej feministki i tropicielki antysemityzmu Bożeny Umińskiej. Posunęła się ona do stwierdzenia: „(…) w polskim Kościele dominuje [podkr. – J.R.N.] opresyjna, ksenofobiczna tradycja narodowo-katolicka, dla której nieodzowne jest istnienie wykluczonych i napiętnowanych: kobiet, Żydów, innowierców”.

Zarzucić Kościołowi katolickiemu w Polsce dominację ksenofobii, godzącej w kobiety, Żydów i wyznawców innych religii może tylko wyjątkowo cyniczny i jadowity oszczerca, nie liczący się nawet z cieniem troski o elementarne fakty. Warto dodać, że cytowany tu tekst Umińskiej stanowił niezwykle pochlebną recenzję innej bardzo niechętnej Kościołowi agresywnej feministki Kazimiery Szczuki i jej książki „Milczenie owieczek. Rzecz o aborcji”. Przypomnijmy, że Szczuka została usunięta z telewizyjnego „Pegaza” po użyciu przez nią w prowadzonym programie skrajnie wulgarnego epitetu na temat płciowego organu kobiety. Potem prowadziła w TVN w wyjątkowo nietaktowny sposób, poniżej jakiegokolwiek poziomu, teleturniej „Najsłabsze ogniwo”. Jak wiadomo, program ten musiano zlikwidować z powodu powszechnego niezadowolenia widzów z grubiańskości komentarzy prowadzącej go K. Szczuki. Potem wybuchł słynny skandal z powodu ordynarnych, wręcz chamskich szyderstw K. Szczuki z programów religijnych prowadzonych przez Magdę Buczek w Telewizji Trwam. Jak się okazuje, p. Szczuka dotąd nie potrafi spojrzeć samokrytycznie na niemiłe cechy jej charakteru, które powszechnie zrażają do niej ludzi. W maju 2006 r. poskarżyła się do amerykańskiego „The New York Timesa”, że jest nielubiana przez słuchaczy Radia Maryja. Tłumaczyła to tym, że jej jakoby nie lubią z powodu jej żydowskiego pochodzenia: „Nienawidzą mnie, ponieważ jestem feministką, jestem Żydówką – przede wszystkim dlatego, że jestem feministką” (cyt. za: Sensy i nonsensy, „Nasza Polska” z 16 maja 2006 r.). Śmieszne jest to użalanie się p. Szczuki na tę swoją rzekomą martyrologię spowodowaną przez „polskich antysemitów” i „męskich szowinistów”. Aż nadto przypomina to skargi jąkały na to, że nie przyjęto go na spikera.

,,Tygodnik Powszechny” przygarnia ateistów

Nader zdumiewa niezwykła wielkoduszność mieniącego się katolickim „Tygodnika Powszechnego” wobec zajadłych przeciwników Kościoła typu filozofa Jana Woleńskiego, wobec zażartych ateistów typu Stanisława Lema etc. W czasie najbardziej nawet zajadłych ataków wrogów Kościoła w „Tygodniku Powszechnym” pojawiały się teksty skrajnie minimalizujące zagrożenia dla religii i Kościoła, a nawet zrzucające na obrońców Kościoła winę za to, że się jeszcze w ogóle bronią. Jakże charakterystycznym przykładem takiego zamazywania ostrości istniejących konfliktów i zagrożeń był sławetny tekst jednego z bardziej znanych członków zespołu „Tygodnika Powszechnego” – ks. Jana Kracika, „Wrogowie Kościoła”, publikowany w „Tygodniku „powszechnym” z 30 lipca 1995 r. W artykule tym można było m.in. przeczytać przedziwne stwierdzenie: „Zdecydowana większość chrześcijan to zarazem – raz bardziej, raz mniej – przyjaciele i wrogowie Kościoła”. Bardziej mącącego sprawy twierdzenia nie można było w ogóle wymyślić. Fakty mówią coś wręcz przeciwnego. Zdecydowana większość chrześcijan, wszyscy prawdziwi chrześcijanie, nie udawacze, nie pozoranci, są zarazem przyjaciółmi Kościoła. Wrogowie Kościoła zaś, których nie brakuje, wywodzą się na ogół nie spośród chrześcijan, lecz różnych grup ateistycznych i masońskich. Spośród byłych towarzyszy partyjnych (obecnych „czerwonych” i „różowych”), którzy choć wyrzekli się dawnych form komunizmu, to jakoś nie wyrzekli się walki z Kościołem i religią.

Wobec tych byłych towarzyszy „Tygodnik Powszechny” okazuje jednak niezwykłą wprost wyrozumiałość, chciałby ich wprost przytulić, przygarnąć do serca (jakże odmienne podejście w zestawieniu z niebywałą wrogością, jaką okazuje wobec „Naszego Dziennika” i Radia Maryja). Przypomnijmy tu jakże znamienną reakcję obecnego redaktora „Tygodnika Powszechnego” ks. Adama Bonieckiego na tekst ks. Wiesława Niewęgłowskiego, duszpasterza inteligencji, z lutego 1992 roku. Ksiądz Niewęgłowski z goryczą krytykował przejawy wrogości do Kościoła ze strony różnych osób, rzekomo nawróconych z inteligencji, które w latach 80. nader chętnie kryły się pod opiekuńcze skrzydła Kościoła. Ksiądz Boniecki natychmiast znalazł usprawiedliwienie dla obłudnych koniunkturalistów, sugerując: „Może to my nie dorośliśmy do miary oczekiwań rozbudzonych w czasie próby (…). Właśnie zawiedziona miłość często przemienia się w agresję” (ks. A. Boniecki: „List do księdza Wiesława Niewęgłowskiego”, „Tygodnik Powszechny”, 8 marca 1992 r.). Dość szczególny był to przejaw usprawiedliwiania ludzi takich jak A. Szczypiorski, którzy niejednokrotnie w swym życiu popisali się arcykoniunkturalnymi zwrotami. W latach 1982-1983 tacy właśnie ludzie najbardziej skwapliwie udawali cudowne wprost „nawrócenia”, aby potem po 1989 r., czując się silnymi, dokładać jak najmocniej swoim byłym opiekunom i protektorom. Tak jak Michnik, który jeszcze w 1988 r. dedykował swą książkę „Kochanemu ks. Henrykowi Jankowskiemu, memu przyjacielowi i mentorowi, z pogańską pokorą”, aby w połowie lat 90. odwdzięczyć się ks. Jankowskiemu zainicjowaniem wielomiesięcznej kampanii potępień przeciw niemu.

Innym przykładem skrajnego zamazywania pojęć i wyjątkowej „tolerancji” „Tygodnika Powszechnego” wobec wrogów Kościoła był drukowany w „TP” z 14 marca 1993 r. tekst Jerzego Wertensteina-Żuławskiego o piosenkarce Sinhead O’Connor. Jak wiadomo, piosenkarka O’Connor, która publicznie podarła przed kamerą fotografię Ojca Świętego, spotkała się z powszechnym bojkotem w skądinąd „ultraliberalnych” Stanach Zjednoczonych. Nikt nie wystąpił w jej obronie. Organizatorzy koncertu publicznie przeprosili widownię za nieodpowiedzialność piosenkarki. Izolowana po swym grubiańskim występie „artystka” w końcu sama wybąkała słowa przeprosin pod adresem Ojca Świętego. Tymczasem u nas w „katolickim” „Tygodniku Powszechnym” znalazł się obrońca O’Connor, wspomniany Jerzy Wertenstein-Żuławski. Napisał, że piosenkarka ta jest i tak moralnie lepsza od rozwydrzonej Madonny. Pytanie – czy ma jakikolwiek sens ten typ obrony, czy ma jakikolwiek sens takie stopniowanie zła? Tego typu wystąpienia były, jak jeszcze szerzej o tym napiszę, niejednokrotnie elementem praktyki pisarskiej „Tygodnika Powszechnego”, skądinąd tak zajadłego w zwalczaniu katolickich mediów: Radia Maryja i „Naszego Dziennika”. Ileż to razy w „Tygodniku Powszechnym” atakowano z grubej rury ludzi broniących wiary i Kościoła, zarzucając im rzekome należenie do „Kościoła zamkniętego”, triumfalizm etc. Nic dziwnego, że takie zachowanie „Tygodnika Powszechnego” wywołało jednoznaczne napomnienie ze strony Ojca Świętego Jana Pawła II w liście do Jerzego Turowicza z 5 kwietnia 1995 roku. Ojciec Święty napisał wtedy m.in.: „Rok 1989 przyniósł w Polsce głębokie zmiany związane z upadkiem systemu komunistycznego. Odzyskanie wolności zbiegło się paradoksalnie ze wzmożonym atakiem sił lewicy laickiej i ugrupowań liberalnych na Kościół, na Episkopat, a także na Papieża. Wyczułem to zwłaszcza w kontekście moich ostatnich odwiedzin w Polsce w roku 1991. Chodziło o to, aby zatrzeć w pamięci społeczeństwa to, czym był Kościół w życiu Narodu na przestrzeni minionych lat. Mnożyły się oskarżenia czy pomówienia o klerykalizm, o rzekomą chęć rządzenia Polską ze strony Kościoła czy też o hamowanie emancypacji politycznej polskiego społeczeństwa. Pan daruje, jeżeli powiem, iż oddziaływanie tych wpływów odczuwało się jakoś także w ‚Tygodniku Powszechnym’. W tym trudnym momencie Kościół w ‚Tygodniku’ nie znalazł, niestety, takiego wsparcia i obrony, jakiego miał poniekąd oczekiwać: ‚nie czuł się dość miłowany’ – jak kiedyś powiedziałem (…)”.

Warto tu dodać szokujące informacje o wcześniej przemilczanych zastrzeżeniach Karola Wojtyły jako kardynała i metropolity krakowskiego do linii „Tygodnika Powszechnego”. Publicznie ujawnił całą prawdę dopiero w 2005 r. publicysta Piotr Bączek na łamach katolickiego czasopisma „Christianitas” (nr 23-24) w obszernym tekście „W trosce o linię ‚Tygodnika Powszechnego'”. Bączek obalił w nim tezę o rzekomo idyllicznych stosunkach między ks. kard. Karolem Wojtyłą a „Tygodnikiem Powszechnym”. Wskazywał, że ks. kard. Wojtyła, podobnie jak Prymas Tysiąclecia Stefan Kardynał Wyszyński, zarzucał „Tygodnikowi Powszechnemu” różne zachwiania w równowadze pisma. Bardzo cennym materiałem w tym kontekście był zamieszczony obok tekstu Bączka przemilczany dotąd dokument – obszerny list metropolity krakowskiego ks. kard. Karola Wojtyły z 7 marca 1969 roku. W liście tym czytamy m.in.: „Boli nas (…) gdy Kościół w Polsce czuje się raczej nieobecnym na szpaltach ‚Tygodnika’, nie interesującym i przemilczanym. Boli nas, gdy czołowy organ katolicki traktuje Kościół w Polsce i sprawy, którymi on żyje, marginesowo. Tę swoistą ‚ucieczkę’ od tego, co stanowi rzeczywistość Kościoła w Polsce, dostrzegł kilkakrotnie – i wyraził właściwym sobie językiem Stefan Kisielewski (…). Musimy postawić sobie pytanie: czy istnieje właściwa proporcja pomiędzy inicjacją soborową, która jest koniecznym warunkiem odnowy, a krytyką Kościoła, którą mu wymierzacie za to, że nie jest dość ‚soborowy’ (…) jest różnica pomiędzy tym postępem w Kościele, którego wyrazem i sprawdzianem stało się Vaticanum II, a tzw. postępowością (progresizmem). Ta druga wyraża się dążnością do zmian poniekąd dla ich samych, a wszystko ocenia wyłącznie pod kątem nowości (…). Niestety, muszę stwierdzić ze strony Waszego środowiska pełną rezerwę w stosunku do niezbędnego tutaj dialogu, do szukania konsultacji w sprawach tak zasadniczych, jak sprawy tu poruszone”.

Na tle cytowanych wyżej faktów można się tylko zdumiewać niebywałą wyrozumiałością i wielkodusznością „katolickiego” „Tygodnika Powszechnego” wobec wszelkiego typu ateistów, wolnomyślicieli, nawet zajadłych wrogów religii i Kościoła. Skądinąd ogromnie przychylny dla „Tygodnika Powszechnego” Michał Jagiełło stwierdził w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” z 11 maja 2002 r., mówiąc o „Tygodniku Powszechnym”: „Często, na przykład, powtarza się, że ludzie ‚Tygodnika’ w zadziwiający sposób potrafili wyzwolić w sobie ogromne pokłady tolerancji wobec niewierzących, błądzących, nawet tych, którzy instalowali stalinizm w Polsce, a potem przejrzeli na oczy, natomiast zachowali przesadny krytycyzm wobec narodowego nurtu w Polskim katolicyzmie”. Dodajmy przy tym, że ten „przesadny krytycyzm” ludzie „Tygodnika Powszechnego” odnosili również do największego symbolu polskiego patriotyzmu – Prymasa Tysiąclecia Stefana Kardynała Wyszyńskiego. Cóż, Turowicz i jego koledzy wyraźnie nie mogli strawić wypowiadanych przez Prymasa Tysiąclecia tak ostrych słów przeciw antypolskim szydercom, „manii obrzydzania polskich dziejów”, fałszywym uogólnieniom o „polskim antysemityzmie” czy tak ostrego potępienia przez Prymasa Polski ataku Stanisława Stommy na polskie powstania. Sympatyzując bezkrytycznie z czołowymi działaczami opozycyjnej lewicy laickiej, redaktorzy „Tygodnika Powszechnego” wyraźnie nie mogli strawić tak ostrych słów Prymasa Stefana Wyszyńskiego na temat KOR wypowiedzianych w 1981 roku: „W Polsce trzeba bronić spraw własnej ojczyzny, a nie obcych zamówień”.

Redaktorom „Tygodnika Powszechnego” wyraźnie nie odpowiadało nader ostre stanowisko Prymasa Tysiąclecia wobec skrajnego krytykanctwa w stosunku do tego, co się dzieje w Kościele polskim, połączonego z zachłyśnięciem się wszelkimi „nowinkami” z Kościołów w Europie Zachodniej, zachłyśnięcia, które po tylekroć krytykował w swych „Dziennikach” Kisiel. Szczególnie jaskrawym przykładem takiego krytykanctwa był sławetny tekst J. Turowicza „Kryzys w Kościele”, publikowany w „Tygodniku Powszechnym” w 1959 roku. Tekst ten niesamowicie oburzył Prymasa Polski, który publicznie, z ambony, skarcił Turowicza, mówiąc, że „nie ma kryzysu w Kościele, jest tylko kryzys dziennikarza, który takie artykuły publikuje w prasie katolickiej” (por. rozmowa E. Koniecznej z J. Turowiczem, „Zawsze najlepiej słychać krzykaczy”, „Życie Warszawy” z 16 lipca 1996 r.). Nawet całe dziesięciolecia później Turowicz bronił swojego tekstu, twierdząc, że był kryzys w Kościele i cały problem polegał tylko na tym, że „ksiądz prymas, który był człowiekiem konserwatywnym, uważał, że nie ma kryzysu i krytycznie odniósł się do mojego artykułu” (tamże). Jeszcze w latach 90. przy różnych okazjach ludzie z „Tygodnika Powszechnego” wypowiadali się z przekąsem o Prymasie Tysiąclecia oraz o jego niektórych poglądach i działaniach. Na przykład Józefa Hennelowa ostro krytykowała w „Tygodniku Powszechnym” z 28 czerwca 1998 roku „apoteozujący sąd Ryszarda Reiffa o geniuszu Prymasa podpisującego straszliwy w gruncie rzeczy tekst porozumienia z roku 1950 (…)”. W rzeczywistości zaś porozumienie to ułatwiło przetrwanie Kościołowi katolickiemu w Polsce z nieporównanie mniejszymi stratami niż na przykład na Węgrzech, gdzie nie najlepsza taktyka Prymasa Węgier Józefa Mindszenty’ego została wykorzystana przez władze do zmasowanych okrutnych represji wobec hierarchii i wiernych. Sam naczelny „Tygodnika Powszechnego” Jerzy Turowicz otwarcie krytykował nieżyjącego Prymasa Tysiąclecia (m.in. w programie II TVP 14 maja 1994 roku) „za promowanie ‚katolicyzmu ludowego’ oraz niedostatecznie gruntowną realizację uchwał II Soboru Watykańskiego i modernizację Kościoła w Polsce” (por. J.S. i W.W.S., „Temat tygodnia”, „Myśl Polska” z 5 czerwca 1994 r.). Omawiający wystąpienie Turowicza redaktorzy „Myśli Polskiej” komentowali: „Obok potępienia ataku na zmarłego Prymasa, który był rzeczywistym przywódcą narodu polskiego w szczególnie trudnym okresie, nasuwają się pytania, jakie były intencje wystąpienia J. Turowicza. Czy jest to dalszy krok oddzielenia Kościoła od narodu, jak czynił to wytrwale ‚Tygodnik Powszechny’ pod redakcją J. Turowicza?” (tamże).

Podważanie przesłania Jana Pawła II

Obłudę „Tygodnika Powszechnego” szczególnie dobrze ilustrowała postawa jego redakcji wobec przesłania Ojca Świętego. Z jednej strony, manifestacyjnie deklarowano swoje uwielbienie dla postaci Jana Pawła II. Z drugiej strony, w sposób bardzo, ale to bardzo zawoalowany, starano się podważać to z jego przesłania, co nie przypadało do gustu redakcji krakowskiego tygodnika. Zwłaszcza to wszystko, co uderzało w próby zamazywania wyrazistości nauki Kościoła czy obnażało nietolerancję wpływowych mediów wobec ludzi wierzących, wzywało do „obrony praw sumienia” (tak jak w słynnej homilii Ojca Świętego w Skoczowie). Znana publicystka katolicka Ewa Polak-Pałkiewicz zwróciła uwagę już w 1995 roku na występujące w „Tygodniku Powszechnym” manipulacje tego typu. Pisała m.in.: „Bardziej uważna lektura pozwala odnaleźć na jego [tj. „Tygodnika Powszechnego” – J.R.N.] łamach zawoalowaną krytykę nauczania moralnego Ojca Świętego, dziwnie współgrającą z atakami ‚Gazety Wyborczej’ czy ‚Wprost’. Tuż po majowej wizycie Jan Pawła II w Polsce ‚Tygodnik’ opublikował dyskusję redakcyjną pt. ‚Polskie pytania’, w której m.in. ks. biskup Tadeusz Pieronek, Jerzy Turowicz i Jarosław Gowin zastanawiają się nad treścią skoczowskiej homilii Ojca Świętego. Można tu znaleźć takie oto myśli Jarosława Gowina: ‚Papież ma jednostronny obraz polskiej rzeczywistości’, ‚stawianie znaku równości [pomiędzy totalitaryzmem a permisywizmem – Ewa Polak-Pałkiewicz] jest błędem i może prowadzić do fałszywej strategii duszpasterskiej’. Niestety nic nie może powstrzymać czytelnika od skojarzenia, jakie przywodzi poziom tych refleksji z wypowiedzią Józefa Oleksego, który na gorąco skomentował skoczowską homilię: ‚Nie zgadzam się z Papieżem’. Jarosław Gowin, redaktor naczelny ‚Znaku’, wypowiadający się na łamach ‚Tygodnika’ formułuje swoje sądy niejako w imieniu środowiska pisma. Nonszalancja, z jaką zostało zakwestionowanie nauczanie Ojca Świętego, skierowane do Polaków, musi zdumiewać” (E. Polak-Pałkiewicz, „Miejsce Kościoła w ‚TP'”, „Arcana” nr 6 z 1995 r.). Trudno nie podpisać się pod tak ważną i uargumentowaną konkluzją Ewy Polak-Pałkiewicz.

Wyrozumiałość dla osłabiania wiary

W redakcji „Tygodnika Powszechnego” niejednokrotnie wyrażano skrajną wręcz wyrozumiałość dla różnych przejawów podważania najistotniejszych nawet zasad wiary katolickiej. Bardzo typowe pod tym względem było zachowanie się redakcji „Tygodnika Powszechnego” po jednoznacznym potępieniu koncepcji jezuity ojca Anthony’ego de Mello przez Kongregację Nauki Wiary na czele z kardynałem Josephem Ratzingerem. W głośnej „Notyfikacji odnośnie do pism ojca Anthony de Mello SJ”, opublikowanej w imieniu Kongregacji Nauki Wiary 24 czerwca 1998 roku, stwierdzono m.in.: „(…) już w niektórych fragmentach tych pierwszych publikacji [o. de Mello – J.R.N.], a w sposób nasilony w późniejszych pismach tego Autora, zauważa się coraz bardziej niebezpieczne odchodzenie od podstawowych treści wiary chrześcijańskiej. Objawienie dokonane w Chrystusie zastępuje on intuicją Boga bez żadnej formy i możliwości wyobrażenia, dochodząc do określenia Boga jako ogólnej pustki (…)”.

W „Notyfikacji” Kongregacji Nauki Wiary zwracano uwagę na szkodliwą wymowę innych sugestii o. de Mello, prowadzących do konkluzji typu jego sądów na temat ksiąg świętych; „nie wyłączając Biblii”: „Księgi te przeszkadzają, aby ludzie szli za własnym zdrowym rozsądkiem i czynią ich ograniczonymi i agresywnymi. Religie, włącznie z chrześcijańską, są jedną z podstawowych przeszkód w odkryciu prawdy. (…) Myśleć, że Bóg własnej religii jest jedynym, to znaczy poddać się fanatyzmowi. ‚Bóg’ według autora, powinien być widziany jako rzeczywistość kosmiczna, nieokreślona i wszechobecna. Ignoruje się charakter osobowy Boga, a praktycznie się Go zaprzecza (…) Kongregacja Nauki Wiary, mając na celu troskę o dobro wiernych, uznała za konieczne stwierdzić niniejszą ‚Notyfikacją’, że wyżej przestawione teorie nie są do pogodzenia z wiarą katolicką i mogą prowadzić do poważnych szkód. W czasie audiencji, udzielonej kardynałowi Prefektowi, Jego Świątobliwość Jan Paweł II zatwierdził niniejszą ‚Notyfikację’, uchwaloną na zebraniu plenarnym Kongregacji Nauki Wiary i nakazał jej opublikowanie” (cyt. za „Tygodnik Powszechny” z 6 września 1998 r.). W tym samym numerze „Tygodnika Powszechnego” w którym opublikowano powyższą „Notyfikację” Kongregacji Nauki Wiary, ukazał się artykuł Artura Sporniaka „Kłopoty z jezuickim guru”, wyraźnie ironizujący na temat niektórych polskich krytyków poglądów jezuity de Mello. Sporniak nie ukrywał w końcowych konkluzjach swego tekstu, wyraźnie pozbawionego krytycyzmu wobec de Mello, również opinii, że potępienie jego poglądów utrudni próby religijnego zbliżenia Europy i Azji. Pisał: „Na razie więc próby religijnego zbliżenia Europy i Azji wydają się być nieudane (…) Kościół i teologowie wciąż nie potrafią przetłumaczyć prawd zawartych w dogmatach na język filozofii i religii Azji, nie zniekształcając przy tym depozytu wiary. Dopóki się to nie uda, Kongregacji Nauki Wiary nie pozostanie nic innego, jak orzekać w coraz to nowych przypadkach „niezgodność z wiarą katolicką” i ostrzegać wiernych przed „poważnymi szkodami” („Tygodnik Powszechny” z 6 września 1998 roku).

Jak już akcentowałem, zarówno kardynał Joseph Ratzinger w imieniu Kongregacji Nauki Wiary, jak i zatwierdzający „Notyfikację” Ojciec Święty Jan Paweł II, jednoznacznie uznali za „niebezpieczne” zawarte w pismach de Mello „odchodzenie od podstawowych treści wiary chrześcijańskiej”. Nie przeszkodziło to redaktorom „Tygodnika Powszechnego” w takim doborze uczestników publikowanej w tygodniku Turowicza debaty o poglądach de Mello, aby wyraźnie przeważali w niej obrońcy poglądów tego jezuity (Por. „Debata Tygodnika”: sprawa ojca de Mello, „Tygodnik Powszechny” z 13 września 1998 r.). Jeden z tych obrońców – o. Stanisław Obirek, późniejszy odstępca z zakonu, stwierdził m.in.: „Tekst kardynała Ratzingera stanowi wykładnię oficjalną, ale nie nieomylną (…) nie bałbym się kardynałowi Ratzingerowi powiedzieć, że w swoim rozwoju duchowym owocnie czerpię z de Mello”. Jeszcze radykalniejszy okazał się inny uczestnik debaty w „Tygodniku Powszechnym” – Bartłomiej Dobroczyński (znany skądinąd jako skrajny entuzjasta J. Owsiaka). Wystąpił on z otwartym atakiem na „Notyfikację” Kongregacji Nauki Wiary, stwierdzając: „Odbieram to jako brak szacunku dla mojej wrażliwości religijnej”. Uznał atak kard. Ratzingera na o. de Mello za „groźne oskarżenie”, akcentując jednocześnie: „Obawiam się, że dokument watykański wzmocni postawy reprezentowane np. przez rozgłośnię z Torunia”. Inny dyskutant – o. Maciej Bielawski, stwierdził, podważając w ten sposób znaczenie „Notyfikacji” Kongregacji Nauki Wiary, podpartej autorytetem samego Ojca Świętego: „Moim zdaniem watykańska wypowiedź ani nie zamyka dyskusji, ani jej nie otwiera”. Tylko jedyny z czterech uczestników debaty o. Jan Kłoczowski wystąpił ze stanowczą obroną stanowiska Kongregacji Nauki Wiary.

Znamienne jest, że także później redakcja „Tygodnika Powszechnego” opublikowała listy broniące de Mello (por. listy Stanisławy Grabskiej i Jana Tarnowskiego, „Tygodnik Powszechny” z 27 września 1998 r.). Najdalej posunęła się w swych osądach działaczka warszawskiego KiK Stanisława Grabska, pisząc m.in. o de Mello: „(…) trudno jest widzieć w jego książkach sprzeczności z treścią chrześcijańskiej doktryny czy z dogmatami (…). Kardynał Ratzinger z racji swej funkcji stróża doktryny musi się interesować głównie wiarą, ‚w którą wierzymy’. Ufam, że prędzej czy później zmieni on sąd o de Mello”. Grabska zacierała w ten sposób fakt, że sąd kard. Ratzingera nie był tylko jego sądem, lecz osądem Kongregacji Nauki Wiary, popartym autorytetem samego Jana Pawła II. Czyżby redakcja „Tygodnika Powszechnego” wątpiła w dogmat o nieomylności Papieża w sprawach wiary?

Liczne przykłady zajmowania przez „Tygodnik Powszechny” stanowiska kolidującego z dogmatami wiary zostały przytoczone w publikowanym pośmiertnie ważnym tekście wybitnego katolickiego publicysty Józefa Mariana Święcickiego, szczycącego się niegdyś między innymi przyjaźnią i zaufaniem kardynała Adama Sapiehy (J.M. Święcicki: O „Tygodniku” memento, „Nasza Polska” z 6 października 1999 r.). Jak pisał Święcicki: „Co gorsza, w jego numerach [„Tygodnika Powszechnego”] pojawiają się wciąż artykuły wyraźnie kolidujące z katolicką ortodoksją. Jeden z nich, autorstwa ks. Wacława Hryniewicza, zdawał się solidaryzować ze stanowiskiem synodu anglikańskiego, który zakwestionował wieczność kar piekielnych jako rzekomo obarczających Boga zarzutem sadyzmu. Spotkało się to z rewelacyjną, ale mocną repliką ks. Marka Starowieyskiego – ze względu na to, że taki pogląd narusza dogmat. Zaraz potem ukazał się jednak w ‚TP’ artykuł ks. Piotrowskiego, traktujący wypowiedź Chrystusa o wieczności kar piekielnych jako ‚metaforę’ i powołujący się w tej kwestii na autorytet Orygenesa, którego tezy zostały wszak potępione przez Kościół. Aż wierzyć się nie chce, że istnieją u nas księża o takim ‚teologicznym’ wykształceniu (…) Bardzo też przykro wypadła w ‚Tygodniku Powszechnym’ (ostatni numer z 1996 r.) próba obrony Jacka Kuronia, zajmującego w sprawie aborcji analogiczne do Kwaśniewskiego stanowisko (…). A czyż nie jest niepokojące, że w czasie, kiedy coraz bardziej upowszechnia się model katolicyzmu dowolnie selektywnego, przyjmującego jedne, a odrzucającego inne prawdy wiary, ks. Hryniewicz, pisząc w ‚TP’ (1997 r., nr 8) o ‚Wierze wzywanych do nawrócenia’, wystąpił w obronie księdza ze Sri Lanki ekskomunikowanego za uporczywe trwanie w herezji”.

Profesor Krystyna Czuba wystąpiła kiedyś przeciwko próbom zostawiania otwartych furtek dla eutanazji na łamach „Tygodnika Powszechnego”. Pisała: „Cywilizacja śmierci wkrada się do wszelkich mediów. ‚Tygodnik Powszechny’ (21 marca 1993 r.) zamieścił artykuł Tadeusza Jagodzińskiego ‚Śmierć na życzenie?’. W artykule czytamy: ‚Postawy religijnej uznającej, że człowiekowi nie wolno niszczyć życia darowanego przez Boga, nie da się pogodzić z tymi nurtami filozofii wolności i autonomii jednostki, które zakładają prawo człowieka do nieskrępowanej swobody decydowania o własnym losie. Jedyną płaszczyzną porozumienia może być tolerancja oraz wzajemny szacunek przy równoczesnym dyplomatycznym założeniu, że obie strony są zgodne co do tego, że się nie zgadzają. Błędem byłoby jednak wyciągnięcie z tego wniosku o bezsensie dialogu na temat eutanazji’. W ‚Tygodniku Powszechnym’ ukazują się często publikacje przedstawiające tzw. pogranicze etyczne. Te granice etyczne zostały zatarte. Skutki tej filozofii dla człowieka i narodu są przerażające”.

Skrajnym przykładem wyjątkowej pobłażliwości „Tygodnika Powszechnego” dla najbardziej nawet agresywnych odstępców od wiary katolickiej były dwa teksty poświęcone postaci suspendowanego księdza Eugene Drewermanna w przedświątecznym tekście „Tygodnika Powszechnego” z 20 grudnia 1992 roku. Suspendowany ksiądz Eugene Drewermann znany jest z książek niezwykle napastliwych wobec Kościoła katolickiego, z niezwykłą gorliwością dążących do zniszczenia struktur Kościoła instytucjonalnego. Jego publikacje pełne są fanatycznych wręcz uprzedzeń i uproszczeń, zawierające wiele stwierdzeń całkowicie rozmijających się z prawdą. Tym bardziej zdumiewające było więc poświęcenie takiej to postaci aż dwóch bardzo obszernych materiałów: artykułu księdza Dariusza Oko „Sprawa Drewermanna”, czyli Luter dwudziestego wieku” i „Drewermann ma głos. Z (suspendowanym) księdzem dr Eugene Drewermannem rozmawia Wojciech Pięciak”. Zdumiewał aż tak przesadny ton tekstu ks. Oko, już w tytule niezwykle wyolbrzymiającego pozycję Drewermanna jako rzekomego „Lutra XX wieku”. Trudno byłoby też pogodzić się z końcową konkluzją tekstu ks. Oko: „Spotkanie z Drewermannem może obudzić Kościół i teologię z dogmatycznej drzemki (…)”. Co jak co, ale pełne zacietrzewienia i agresywności teksty Drewermanna trudno traktować jako bodziec do rzeczywiście poważnej dyskusji.

Zrozumiałe, że Drewermann jest chętnie nagłaśniany w czasopismach niezbyt przychylnie nastawionych do Kościoła, od postkomunistycznego „Wprost” do postkomunistycznej „Polityki”. Trudno zrozumieć, po co jest jego tak przesadne nagłaśnianie w mieniącym się katolickim tygodniku. Stąd nie zaskoczył mnie ton ostrego wystąpienia krytycznego wobec tego nagłośnienia, wyrażony przez redaktora naczelnego „Ateneum Kapłańskiego” ks. Jerzego Bagrownicza w artykule pt. „Czy należy pisać o Drewermannie?”, publikowany w „Tygodniku Powszechnym” z 17 stycznia 1993 roku. Ksiądz Bagrowicz pisał m.in.: „Tytuł artykułu ks. Oko (…) jasno określa stanowisko zarówno autora, jak i redakcji: widzi się w Drewermannie zjawisko dla naszego czasu znaczące. ‚Trudno udawać, że go nie ma’ – napisano w redakcyjnym wprowadzeniu. Na takie ‚uhonorowanie’ suspendowanego księdza i tak szeroką prezentację jego poglądów ostro zareagował red. Marek Skwarnicki w bożonarodzeniowym numerze ‚Tygodnika’ (…). Podzielam wątpliwości red. Skwarnickiego co do sensowności zamieszczenia wywiadu z Drewermannem, przeprowadzonego przez red. Pięciaka (…). To Drewermann panuje nad rozmową, prowadzi ją w zamierzonym przez siebie kierunku, widząc okazję upowszechnienia swego posłannictwa także przez poważny polski tygodnik (…). Sposób, w jaki red. Pięciak usiłuje zaczepiać Drewermanna, przypomina raczej nieśmiałe pytania w rodzaju: ‚I co jeszcze masz do objawienia, nasz drogi mistrzu?’. Zadziwiał taki właśnie styl prowadzenia wywiadu w tygodniku ‚katolickim’ z człowiekiem, będącym zdecydowanym wrogiem Kościoła instytucjonalnego, traktującym Biblię jako „zespół symboli i mitów zbliżonych do innych kultur'”. Onieśmielenie i ugrzecznienie redaktora „Tygodnika Powszechnego” zamiast próby przyparcia przeciwnika Kościoła do muru, wskazania na uproszczenia i sprzeczności jego wywodów.

Kompromitująca wpadka „Tygodnika Powszechnego”

Równocześnie z wybielaniem na łamach „Tygodnika Powszechnego” różnych wrogów Kościoła typu Drewermanna redakcja krakowskiego tygodnika katolickiego rozprawiała się z przedstawicielami inaczej niż ona myślących przedstawicieli różnych nurtów katolickich, na czele ze środowiskami radiomaryjnymi. Co więcej, chętnie sięgała przeciw nim „do pomocy” piór osób z dawnej opozycji laickiej czy nawet skrajnych agnostyków typu Jana Woleńskiego. Nader szokujące np. było opublikowanie w „Tygodniku Powszechnym” z 7 stycznia 1996 r. artykułu jednego z czołowych przedstawicieli „michnikowszyzny” i filaru Fundacji Batorego – Aleksandra Smolara. Co najważniejsze, w swym artykule Smolar straszył czytelników wymyślonymi przez siebie samego „bojówkami” o. Tadeusza Rydzyka czy ks. Henryka Jankowskiego. I domagał się użycia przeciw nim siły – w styczniu 1996 r. w czasie szczytowego okresu rządów postkomunistycznych Smolar pisał dosłownie: „Czy władze będą miały odwagę wysłać oddziały policji przeciwko bojówkom o. Tadeusza Rydzyka czy ks. Henryka Jankowskiego?” [podkr. – J.R.N.]. I takie oto zachęcania władz postkomunistycznych, by użyły siły przymusu wobec zwolenników o. T. Rydzyka czy ks. H. Jankowskiego, opublikowane zostały na łamach „katolickiego” tygodnika z Krakowa!

We wrześniu 2002 r. „Tygodnik Powszechny” wzbił się dosłownie na szczyty niechęci do takich mediów katolickich jak Radio Maryja i „Nasz Dziennik”, robiąc dosłownie wszystko, aby je oczernić, izolować i osłabić. Nastąpiło to w dość szczególnym momencie – w kilka dni po tym, jak wrogowie Kościoła z postkomunistycznego „Wprost” i lewicowo-liberalnego „Newsweeka” zaczęli nieprzebierającą w środkach hałaśliwą nagonkę na Radio Maryja i „Nasz Dziennik”. Szkalujący charakter tej kampanii i jej wyraźny cel, godzący w Kościół, wywołały rozliczne protesty. Antykościelną kampanię potępili liczni hierarchowie kościelni – księża arcybiskupi i biskupi. A co zrobił w tym czasie „Tygodnik Powszechny”? Z zajadłym uporem godnym lepszej sprawy podejmuje działania, aby impet kampanii godzącej w Radio Maryja i „Nasz Dziennik” nie wygasł, starając się maksymalnie przyczernić i zafałszować obraz Radia Maryja i „Naszego Dziennika”. Nienawiść zaślepia. I tylko tym można tłumaczyć kompromitującą wpadkę „Tygodnika Powszechnego” z 22 września 2002 roku. Aby tym mocniej uderzyć w katolickie media: Radio Maryja i „Nasz Dziennik”, mieniący się katolickim pismem „Tygodnik Powszechny” sięgnął po „pomoc” prof. Jana Woleńskiego, znanego z tendencyjnych tekstów antykościelnych, stałego współpracownika, i to dosłownie od pierwszego numeru czasopisma „Bez Dogmatu”, kwartalnika o skrajnie antykościelnym i antyreligijnym charakterze.

Takiego autora, pełnego uprzedzeń wobec Kościoła katolickiego, jego wyraźnego przeciwnika, postanowił wykorzystać „katolicki” „Tygodnik Powszechny” w ataku na Radio Maryja i „Nasz Dziennik”. 22 września 2002 r. „Tygodnik Powszechny” zamieścił jako główną pozycję numeru ciągnący się od pierwszej kolumny ogromny wywiad z Woleńskim (przeprowadzili go Krzysztof Burnetko i Michał Nawrocki). Wywiad pt. „Głupota nie zna standardów” pełen jest obelg pod adresem „Naszego Dziennika” i Radia Maryja, rzucanych najwyraźniej za aprobatą redaktorów „Tygodnika Powszechnego”. W jednym z pytań zadanych Woleńskiemu dziennikarze zaatakowali rzekome „tezy szowinistyczne”, zamieszczane przez „Nasz Dziennik” czy w Radiu Maryja „głupstwa w najbardziej potocznym sensie” docierające „z aprobatą, a nawet czynną pomocą wielu hierarchów kościelnych” do paru milionów Polaków. Stwierdzenia te, uwłaczające nie tylko Radiu Maryja czy „Naszemu Dziennikowi”, ale również wielu hierarchom kościelnym, publikowane były w „Tygodniku Powszechnym” bez choćby cienia krytycznego komentarza czy polemiki ze strony jego redaktorów. Najwyraźniej cieszyli się, że wreszcie znaleźli „odpowiedniego” sojusznika w ataku na nielubiane przez nich katolickie media. Woleński ciągle powtarzał pod adresem Radia Maryja i „Naszego Dziennika” epitety w stylu „głupota”, „polityczne szaleństwo”, ku zadowoleniu jego rozmówców z „Tygodnika Powszechnego”.

Rzecz charakterystyczna dla obłudy i całkowitego braku odwagi cywilnej kierownictwa redakcji „Tygodnika Powszechnego” z jego naczelnym ks. Adamem Bonieckim na czele. Nawet po zdemaskowaniu i wyszydzeniu na łamach „Naszego Dziennika” i „Niedzieli” całego blamażu z tekstem J. Woleńskiego, redaktorzy „Tygodnika Powszechnego” nie zdobyli się na wyjaśnienie całej historii. Ani nie wytłumaczyli się z powodu sięgnięcia po współpracownika fanatycznego antyreligijnego czasopisma przeciw katolickim mediom, ani też nie przeprosili czytelników za swe tak niegodziwe działania w tej sprawie. Kompromitująca wpadka „Tygodnika Powszechnego” z tekstem J. Woleńskiego wywołała protesty ze strony niektórych, co bystrzejszych czytelników „Tygodnika Powszechnego”. Mam w swoich zbiorach m.in. list Jerzego Dulata z kanadyjskiego Toronto z 3 października 2002 r. do redakcji „Tygodnika Powszechnego” w związku z artykułem prof. J. Woleńskiego. J. Dulat konkludował: „Pan profesor jest agnostykiem. Nie interesuje się problemem istnienia Boga i ma prawo sprzeciwiać się każdemu, kto chciałby ten jego sielski stan umysłowy naruszyć. Nie rozumiem tylko redaktorów pisma, które mieni się katolickim, a solidaryzuje się z agnostykiem.

W atakach na Radio Maryja wielokrotnie brali udział rozliczni członkowie redakcji „Tygodnika Powszechnego” na czele z naczelnym redaktorem tego tygodnika ks. Adamem Bonieckim. Wyróżnili się przy tym, łagodnie mówiąc, bardzo oszczędnym dawkowaniem prawdy. Szczególnie mocno zaznaczyło się to w telewizyjnych napaściach na Radio Maryja ze strony związanego z „Tygodnikiem Powszechnym” red. Marka Zająca. Sam ks. biskup Adam Lepa zarzucił Zającowi, że występując w telewizyjnej „Debacie” K. Durczoka, „dwukrotnie posłużył się oszczerstwem w stosunku do założyciela Radia Maryja, aby wykazać niegodziwość jego działań. Nie było żadnej reakcji ze strony prowadzącego program. Czyżby hołdowano zasadzie ‚cel uświęca środki'”? (por. „Nasz Dziennik” z 11-12 lutego 2006 r.).

Nie zabrakło udziału redakcji „Tygodnika Powszechnego” w najnowszej nagonce medialnej na o. T. Rydzyka i Radio Maryja w lipcu 2007 roku. Do nagonki znowu włączył się naczelny ks. A. Boniecki, i to artykułem publikowanym na pierwszej kolumnie tygodnika: „Jedna wielka rodzina” („TP” z 22 lipca 2007 r.).

Zajadłe fobie „Tygodnika Powszechnego” wobec inaczej od nich myślących środowisk katolickich wyładowywały się również m.in. na częstochowskich paulinach. W „Niedzieli” z 24 listopada 2002 r. paulin – o. Janusz Zbudniewek z oburzeniem pisał w „Liście otwartym do ks. prof. Jana Kracika” opublikowanym 20 października 2002 r. w „Tygodniku Powszechnym” artykule ks. Jana Kracika, próbującym podważyć i ośmieszyć historię kultu Cudownego Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Ojciec Zbudniewek nazwał tekst ks. Kracika artykułem godnym plugawego „Nie” i pisał w cytowanym „Liście”: „Śmiem (…) twierdzić, że podjąłeś się niewdzięcznej misji, jaką od wielu lat uprawiają niektórzy publicyści ‚Tygodnika’ z naczelnym włącznie”. Niestety, mogę w 100 procentach potwierdzić słuszność tych jakże gorzkich stwierdzeń o. Zbudniewka. W czasie moich prac redakcyjnych zaobserwowałem utrzymującą się od lat konsekwentną zajadłą niechęć „Tygodnika Powszechnego” do częstochowskich paulinów, strażników największego narodowego sanktuarium religijnego – Jasnej Góry. Oto kilka wymownych przykładów z ostatnich lat. 15 lutego 1998 r. „Tygodnik Powszechny” piórem Adama Szostkiewicza zaatakował jasnogórskich paulinów za to, że apelowali, by Częstochowa pozostała miastem wojewódzkim. Szostkiewicz otwarcie „denuncjował” za to paulinów, stwierdzając: „Naciski w tej kwestii godzą w ducha konkordatu” (A. Szostkiewicz, „Częstochowa i konkordat”, „Tygodnik Powszechny” z 15 lutego 1998 r.). 17 września 1999 r. ks. Adam Boniecki zaatakował na łamach „TP” o. Zbudniewka – paulina w tekście „Posłannictwo”. 13 maja 2001 tenże ks. Boniecki, już jako redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”, zaatakował przeora paulinów (dziś już generała zakonu) o. Izydora Matuszewskiego za nadanie Orderu Jasnogórskiego prezesowi KPA Edwardowi Moskalowi, zarzucając paulinom, że poszli jakoby „drogą antyewangeliczną”. Atak ks. Bonieckiego wywołał stanowczą polemikę o. Tadeusza Dionizego Łukaszczyka: „Antyewangeliczna droga paulinów?” („Tygodnik Powszechny” z 3 czerwca 2001 r.).

Na łamach „Tygodnika Powszechnego” niejednokrotnie przypuszczano bezwzględne ataki na znanych duchownych różniących się opiniami z krakowską katolewicową redakcją. Redakcja „TP”, tak wyrozumiała dla ateistów, agnostyków, b. ubeków i stalinistów, nie miała jakoś żadnych zahamowań w atakach na „inaczej myślących” duchownych. W polemikach wobec nich nie było widać ani krzty osławionej tygodnikowej „tolerancji”. Jak na przykład określić nader agresywne ataki publikowane w „Tygodniku Powszechnym” przeciwko ks. Waldemarowi Chrostowskiemu, jednemu z najwybitniejszych współczesnych uczonych katolickich, inicjatorowi powstania Rady Chrześcijan i Żydów i jej b. współprzewodniczącemu. Na łamach „Tygodnika Powszechnego” z 1 lutego 1998 r. wydrukowano na przykład słowa wręcz go szkalujące i pełne zapiekłej nienawiści: „Poglądy ks. Chrostowskiego są anachronizmem, co nie znaczy, że można je lekceważyć, nie jest on bowiem w swych uprzedzeniach i antysemickich fobiach odosobniony”. Zmarły kilka lat temu redaktor „Tygodnika Powszechnego” Tadeusz Żychiewicz w rozmowie z Adamem Michnikiem („Gazeta Wyborcza” z 16 kwietnia 1992 r.) posunął się do nazwania artykułu duszpasterza środowisk twórczych – ks. Wiesława Niewęgłowskiego „tekstem tak żenująco głupim, że rozpacz człowieka bierze”. Oto styl dyskusji z inaczej myślącymi duchownymi, preferowany przez ludzi z „Tygodnika Powszechnego”! Przykłady podobnych metod dyskusji, deformacji i przeinaczeń można by długo mnożyć, by przypomnieć choćby stanowczy protest ks. Stanisława Małkowskiego przeciw umieszczonemu w „Tygodniku Powszechnym” ordynarnemu kłamstwu na jego temat.

„Nowa Myśl Polska” z 24 listopada 2002 r. w opartym na informacji KAI tekście: „Abp Józef Michalik skrytykował ‚Tygodnik Powszechny’ stwierdzała m.in.: „Arcybiskup skrytykował ‚Gazetę Wyborczą’ (…) oraz promowane przez nią ‚Kulturę’ paryską i ‚Tygodnik Powszechny’. Te środowiska – zdaniem wiceprzewodniczącego Konferencji Episkopatu – pokazują martwy i pasywny katolicyzm, który nie zabiera głosu w sprawach społecznych. Bardzo niepokojące jest ‚swoiste zatroskanie’ o tożsamość Kościoła, błędna interpretacja historii Polski, niewłaściwa wizja ekumenizmu, a także posądzenia o rzekomy antysemityzm Polaków oraz ‚absurdalne’ – jak stwierdził Arcybiskup – obwinianie katolików za prześladowanie ich przez Kościół prawosławny”.

Podgryzanie Kościoła od wewnątrz

Kilkanaście lat po 1989 r. przyniosło aż nadto przykładów jakże niechlubnej roli „Tygodnika Powszechnego” w podgryzaniu i osłabianiu Kościoła katolickiego od wewnątrz. Redakcja „TP” wyraźnie spełniała rolę katolewicowej przybudówki „Wyborczej”, korzystając za to z hojnego nagłaśniania w michnikowej gazecie.

Lewaccy libertyni mogli być szczerze zadowoleni z roli granej przez katolewicowy tygodnik. Zamiast bronić Kościoła przed ateistyczną agresją, zamiast łączyć się innymi środowiskami katolickimi w solidarnej walce w obronie chrześcijańskich wartości, „Tygodnik Powszechny” we wprost niegodziwy sposób walczył z najbardziej oddanymi obrońcami katolicyzmu.

Podobne do katolewicowego tygodnika z Krakowa tendencje zaznaczyły się wśród niektórych przedstawicieli zakonów, zwłaszcza jezuitów i dominikanów. Znalazły się wśród nich osoby, które odegrały rolę prawdziwych koni trojańskich wewnątrz swych zakonów – vide na szczęście już były jezuita Stanisław Obirek i były na szczęście dominikanin Tomasz Bartoś. Czy trzeba przypominać, jak jeszcze będąc w zakonie, zajadle walczyli z obrońcami Kościoła, jakich podstępnych argumentów używali, jak zwalczali Radio Maryja. Myślę, że warto się zastanowić, dlaczego Kościół został tak mocno zdradzony. Dodajmy do tego jakże niegodziwą rolę odegraną w dzieleniu i rozbijaniu Kościoła od wewnątrz po 1989 r. przez ks. Michała Czajkowskiego, niegdyś przez 24 lata agenta UB i SB. Myślę, że warto się zastanowić, ileż wielkich niepowetowanych szkód przynieśli Kościołowi ci trzej ludzie, przez lata szumnie przedstawiający się jako rzecznicy „Kościoła otwartego”. Ciekawe, że jakoś nikt nie zdradził Kościoła spośród ludzi oskarżanych o to, że należą do „Kościoła zamkniętego”.

Szkodliwi manipulatorzy z KAI

Jest prawdziwym nieszczęściem, że tak ważna instytucja jak KAI (Katolicka Agencja Informacyjna) znalazła się w rękach tendencyjnych ludzi o poglądach lewicowych, z zacięciem manipulatorskim. Ich głównym reprezentantem jest prezes i naczelny redaktor Marcin Przeciszewski. W ostatnich latach KAI wielokrotnie skompromitowała się rażącymi manipulacjami deformującymi fakty i poglądy. Ograniczę się do przypomnienia cząstki tych manipulacji.

29 sierpnia 2002 r. kierownictwo renomowanego krakowskiego klubu „Myśl dla Polski” skierowało „List otwarty” do Rady Programowej Katolickiej Agencji Informacyjnej. Sygnatariusze listu domagali się „pełnego wyjaśnienia niezwykle niepokojącej sprawy” związanej z manipulacją dokonaną przez KAI w przekazie słów Ojca Świętego z jego przemówienia pożegnalnego wygłoszonego na lotnisku w Krakowie Balicach w dniu 19 sierpnia 2002 roku. W skierowanym do KAI „Liście otwartym” pisano m.in.: „Według informacji, które są powszechnie znane i które także do nas dotarły, to właśnie Katolicka Agencja Informacyjna jest odpowiedzialna za wprowadzenie do angielskiego tłumaczenia tekstu przemówienia Ojca Świętego rażącego błędu, w którym zwrot ‚wspólnota europejska’ powinien być przetłumaczony na angielskie wyrażenie ‚european community’, zastąpiono całkowicie inną nazwą ‚European Union’. Błąd ten w znaczący sposób zniekształcił przesłanie Ojca Świętego i był podstawowym źródłem fałszywej informacji przekazanej w wielu zagranicznych środkach masowego przekazu o rzekomym wsparciu papieża dla integracji Polski z Unią Europejską. Wobec takich skutków, którym towarzyszyły także podobnie błędne wypowiedzi wielu osób publicznych w Polsce, błąd ten ma charakter manipulacji (…)”.

„List otwarty” w imieniu klubu „Myśl dla Polski” podpisali przewodniczący Rady Klubu prof. dr hab. Rafał Broda i przewodniczący Kolegium Klubu dr inż. Adam Soszko.

Według listu przewodniczącego Rady Klubu „Myśl dla Polski” prof. dr. hab. Rafała Brody do prezesa KAI M. Przeciszewskiego, „16 września 2002 doszło do jawnego i zdecydowanego sprostowania przekłamania KAI przez Stolicę Apostolską. Jak pisał prof. R. Broda w „EU Observer”: „publicznie przekazano, że istotne przekłamanie w tłumaczeniu słów Ojca Świętego zostało dokonane w Polsce (przez KAI)”.

Lewicowy prezes KAI Marcin Przeciszewski niejednokrotnie dawał publicznie wyraz swym tendencyjnym poglądom, zarówno w wypowiedziach telewizyjnych, jak i prasowych, ciężko grzesząc w ten sposób przeciw wymogowi obiektywizmu powszechnie oczekiwanemu od KAI. Nader obłudny był tekst obszernego artykułu „Potrzeba Kościoła obronnego” zamieszczonego przez Przeciszewskiego w „Rzeczpospolitej” z 20 grudnia 2004 roku. Z jednej strony Przeciszewski pisał w podtytule swego tekstu „Polscy katolicy muszą się nauczyć rozmawiać ze sobą i unikać konfliktu zranionych emocji”. Z drugiej strony zaś sam tekst Przeciszewskiego był niebywale jątrzący i konfliktogenny. Między innymi wyładowywał się w nienawistnym ataku na Radio Maryja, oszczerczo zarzucając mu rzekome „pozostawanie w sprzeczności z uniwersalnym posłaniem Kościoła”. Wymowa artykułu była szczególnie namacalnym dowodem napuszonego faryzejstwa M. Przeciszewskiego.

24 grudnia 2005 r. przewodniczący Rady Klubu „Myśl dla Polski” nader mocno skrytykował kolejny przykład niegodnego zachowania KAI na czele z jej prezesem. Według prof. R. Brody: „Zespół Katolickiej Agencji Informacyjnej, kierowany przez Prezesa Marka Przeciszowskiego pod nadzorem Rady Programowej, od wielu lat stara się dokuczyć słuchaczom Radia Maryja, co więcej nie ukrywa podstawowego celu tych wysiłków, jakim jest zamknięcie Radia. To Radio od dawna drażni Agencję, bo jego służba Prawdzie w nadzwyczaj skuteczny sposób dociera do Narodu, a przełamywanie monopolu informacyjnego wprost zagraża propagowanemu przez KAI procesowi transformacji Kościoła w kierunku ‚ideału’, który zdołano już urzeczywistnić w postępowych krajach Europy. Ostatnio zespół KAI mocno się wysilił, by uderzyć jak najmocniej w Radio i zadać przedświąteczną ranę skupionej wokół rozgłośni części Narodu. Trzeba rzeczywiście dysponować chrześcijańskim wyczuleniem, by wiedzieć, że uderzenie właśnie w przeddzień Świąt Bożego Narodzenia najboleśniej dotknie grono słuchaczy Radia Maryja i zakłóci błogi nastrój wieczerzy wigilijnej. Do prowokacji wykorzystano rozmowę z księdzem Prymasem Józefem Glempem, której głównym elementem jest rzekome twierdzenie Prymasa, że ‚Radio zagraża jedności Kościoła’ i… coś z tym (po raz kolejny) trzeba zrobić. Łatwo dostrzec elementy prowokacji, bo o szczegółach ‚rozmowy’ niewiele wiadomo, a tekst KAI jest jedynie omówieniem jej treści, nielicznymi zdaniami umieszczonymi w cudzysłowie i pozbawionymi oryginalnego kontekstu. Dodatkową siłę rażenia osiągnięto przez ‚przypadkowy zbieg okoliczności’, gdyż ks. Prymas odprawiał w dniu następnym uroczystą Mszę Świętą dla świeżo zaprzysiężonego Prezydenta RP”.

Komentując ten ubolewania godny „świąteczny prezent” od KAI, prof. Broda pisał: „Jako katolik świecki i uważny obserwator, w związku z kolejną przykrą akcją KAI zwracam się do wszystkich księży biskupów – członków Episkopatu w Polsce, by zasygnalizować prosty, ale bardzo ważny wniosek – Kościół w Polsce nie ma dzisiaj problemu z Radiem Maryja, Kościół ma wielki problem z Katolicką Agencją Informacyjną. [podkr. – J.R.N.]. I coś z tym trzeba zrobić!”.

Szefowie nie wyciągnęli żadnego wniosku z ponawianych krytyk ich rozlicznych manipulacji, tak niegodnych instytucji noszącej katolickie miano w tytule. Właśnie niedawno mieliśmy możliwość zaobserwowania kolejnych przekłamań ze strony kierownictwa KAI w toku nagonki na Radio Maryja w lipcu 2007 roku. To Katolicka Agencja Informacyjna cynicznie nakłamała, podając nieprawdziwą informację, że generał zakonu redemptorystów o. Joseph Tobin podejmie decyzję wobec Radia Maryja w ciągu kilku dni. Za KAI fałszywą informację podjęły różne media postkomunistyczne, odpowiednio ten fałsz rozwijając i spekulując na temat przyszłego rzekomo pewnego usunięcia o. Rydzyka. Powrócę raz jeszcze do sprawy odpowiedzialności Katolickiej Agencji Informacyjnej za świadome puszczenie w świat fałszywej informacji. Jak katolik może kłamać? Chyba czas, by tego typu kłamliwymi informacjami Katolickiej Agencji Informacyjnej zajęły się wyższe władze kościelne. Minimum, jakiego należałoby oczekiwać od katolewicowej agencji – to, aby nie kłamała i nie szkodziła.

Walka z Kościołem w mediach elektronicznych

Nawet w TVP, opłacanej za publiczne pieniądze, pieniądze nas wszystkich, niejednokrotnie dochodziło do zafałszowywania obrazu Kościoła i wiary. Sprawę tę podjęto już w sierpniu 1994 na 271. Konferencji Episkopatu. Zgromadzeni wówczas biskupi stwierdzili m.in. w swym oświadczeniu, że: „(…) w praktyce funkcjonowania telewizji publicznej i prywatnej coraz większą rolę odgrywa koniunkturalizm ekonomiczny i polityczny, często kosztem ‚prawdy osoby ludzkiej’, a ‚do dziedzictwa kultury narodowej usiłuje się wtłoczyć obce wartości, podważając tym samym nie tylko chrześcijański, ale i narodowy dorobek decydujący o tożsamości Polaków’ (por. „Krytyczniej do telewizji. Konferencja Episkopatu Polski”, „Gazeta Wyborcza” z 29 sierpnia 1994 r.).

W następnych latach wcale nie doszło jednak do polepszenia poziomu telewizji publicznej pod tym względem. Było wręcz przeciwnie. Z oburzeniem pisał w tej sprawie na łamach „Rzeczpospolitej” z 9 sierpnia 2002 r. ks. biskup Adam Lepa w tekście „Telewizja publiczna – jaka?”, krytykując patologie telewizji publicznej: „Należy się obawiać, że telewizja publiczna w Polsce uczestniczy w procesie odwrażliwiania obywateli w dziedzinie ocen moralnych. Dlatego zarzut zagubienia misji, stawiany telewizji publicznej, nie jest pozbawiony podstaw (…). Publiczna telewizja jest w Polsce potrzebna. Taka jednak, która byłaby szkołą patriotyzmu i demokracji”.

TVP – warszawska odmiana sowieckiego „Bezbożnika”

Szczególnie oburzający był fakt, że telewizja publiczna, opłacana z abonamentów całego społeczeństwa, była wielokrotnie wykorzystywana do ataków przeciw Kościołowi i religii, ośmieszania wartości chrześcijańskich. Zdecydowanie przodowała pod tym względem Olga Lipińska ze swym kabaretem. Warto przypomnieć, że w czasach jaruzelszczyzny właśnie Lipińska wysunęła się na czoło w próbach przełamywania bojkotu telewizji przez aktorów. W podziemnym czasopiśmie „Kraj” (nr z 2 lutego 1984 r.) powołano się na informację z Teatru Narodowego, stwierdzając, że Lipińska przekazała komu trzeba nazwiska inicjatorów akcji wyklaskiwania łamiących bojkot aktorów – kolaborantów. I dodano: „Ta sama aktorka złożyła ostatnio donos na aktorów, którzy odmówili udziału w przygotowanym przez nią programie TVP”. Lipińskiej zarzucano również w swoim czasie, że sugerowała M.F. Rakowskiemu, aby zabrać kartki bojkotującym aktorom. Lipińska wypierała się tego parokrotnie (między innymi w telewizyjnym programie „Bariery” z 27 lutego 1993 r.).

W swoim kabarecie Lipińska wciąż starała się atakować domniemany „polski Ciemnogród”, „panoszenie się Kościoła”, wciąż usiłowała dokładać Kościołowi jako rzekomej „nowej sile przewodniej”, zatruwającej duszę Narodu i wsączającej w nią jady zaścianka. W wywiadzie dla katowickiego „Dziennika Zachodniego” Lipińska sugerowała bez żenady, że wszędzie w Polsce jakoby panoszy się ciemnogród, a głównym jego wyrazicielem jest oczywiście Kościół katolicki, który na dodatek „ma długie ręce”, i już, już sięga po władzę. Styl ataku na Kościół, wyrażony przez Lipińską w programie „Kariery – Bariery” ówczesny redaktor naczelny „Najwyższego Czasu” Stanisław Michalkiewicz nie bez racji przyrównał do manifestacji organizowanych w Rosji Sowieckiej przez „Bezbożnika”, tyle że w sposób dostosowany do gustu warszawskiego demi-monde’u.

Lipińska publicznie nazwała Radio Maryja „radiem dla motłochu”. W noworocznym programie kabaretu Lipińskiej na 1 stycznia 1997 r. zaprezentowano wezwanie: „Wybaw nas od Kościoła, a Kościół od klechów”.

Nawet wyskoki Lipińskiej potrafiono jednak przebić – przez pokazaną w Poniedziałek Wielkanocny 12 kwietnia 1993 r. w kabarecie „Big Zbig Show” sceniczną parodię pasyjnej pieśni „Nocą Ogród Oliwny”. Główny aktor spektaklu Zbigniew Zamachowski, przebrany za księdza w otoczeniu niby-zakonnic z głupawą miną parodiował wstrząsającą modlitwę Jezusa w Ogrójcu. Po protestach różnych środowisk katolickich zdobyła się na przeproszenie telewidzów tylko autorka spektaklu Magda Umer. Ani słowa przeprosin nie wybąkał tak „zasłużony” dla walki z wartościami chrześcijańskimi i patriotyzmem w telewizji jej ówczesny prezes Janusz Zaorski. Czyż można się dziwić – przecież to on przerobił scenariusz Marii Nurowskiej z „bogoojczyźnianego” – jak sam powiedział – w „ateistyczno-internacjonalistyczny”, wywołując gwałtowny protest autorki.

Skupianie się na szyderczych atakach na Kościół i religię jako głównym celu programów kabaretowych trwało jednak i trwa nadal. Jakże wymowne pod tym względem były uwagi znakomitego satyrycznego twórcy, nieodżałowanego Jana T. Stanisławskiego, który zmarł pół roku temu. Na łamach „TeleRzeczpospolitej” z 9 czerwca 2006 r. J.T. Stanisławski pisał m.in.: „Kataryniarze byli wspaniali. Zastanowiła mnie tylko pewna ilość tandetnych tekstów antykościelnych. Źle napisanych i fatalnie granych, więc po co? Tekst antykościelny jest zawsze tekstem wazeliniarskim wobec komunistów. Skąd więc tyle miłośników komuny wśród kabareciarstwa?! Ciekawe. – I to by było na tyle”.

Fałsze Moniki Olejnik

Ważnym problemem był fakt, że w poświęconych Kościołowi audycjach telewizyjnych i radiowych bardzo często dominowali dziennikarze niemający żadnych skrupułów w zafałszowywaniu różnych treści. Jedną z takich osób – Monikę Olejnik publicznie zdemaskował opiekun Akcji Katolickiej ks. bp Piotr Jarecki w artykule „Profesjonalizm niekompetencji” („Życie” z 3 października 2000 r.). Ksiądz biskup Piotr Jarecki ogromnie ostro ocenił wystąpienie Olejnik w czasie prowadzonej przez nią audycji w „Salonie politycznym Trójki” – w czasie rozmowy z ks. A. Bonieckim. Ksiądz biskup stwierdził, że w czasie tej rozmowy przypomniała mu się dawniejsza (z 1986 r.) rozmowa w parafii katolickiej w Cambridge Massachusetts z pewną niezwykle wygadaną gospodynią domową, która przodowała w atakowaniu go za rzekomy „polski konserwatyzm”. Jak pisał ks. bp Jarecki: „W stylu pani redaktor odnalazłem styl tamtej prostej kobiety, gospodyni plebanijnej zza oceanu. Jednak co można było zrozumieć i wybaczyć prostej gospodyni domowej, tego nie powinno się bagatelizować w przypadku rzekomo wziętej dziennikarki, upowszechniającej swoje idee wśród licznej rzeszy słuchaczy, która w dodatku zbiera nagrody za profesjonalizm. A ten pokazany w audycji nt. Deklaracji ‚Dominus Iesus’ jeśli był profesjonalizmem, to tylko jakimś dziwnym ‚profesjonalizmem niekompetencji’. (…) Jako obywatel Polski, jako teolog i jako biskup nie mogę zgodzić się na to, aby w publicznym radiu, na które łożę pieniądze, opłacając abonament i płacąc podatki, szerzono kłamstwa, bałamucąc tym samym niezorientowanych ludzi, uprawiając dezinformację. A tego dopuszczono się podczas wspomnianej audycji. Na czym polegała ta nierzetelność? Przede wszystkim na tym, że prowadząca audycję redaktor streściła cały dokument ‚Dominus Iesus’ zdaniem, którego nie ma w tekście dokumentu, a które nawet jest obce duchowi tego dokumentu. Kiedy spotkała się z nieśmiałym i nieudolnym zakwestionowaniem ze strony rozmówcy, zaczęła się upierać i kilkakrotnie wypowiedziała wymyślone przez siebie lub zacytowane z jakiejś nierzetelnej prasy stwierdzenie, zapewniając redaktora naczelnego ‚Tygodnika Powszechnego’ i tysiące słuchaczy, że jest to najważniejsze zdanie dokumentu. Oto słowa pani redaktor Moniki Olejnik: ‚Jeśli się mówi, że tylko przez Kościół katolicki można osiągnąć zbawienie, to jednak jest wiza w Watykanie. (…) Tutaj jest takie zdanie: tylko przez Kościół katolicki, apostolski można osiągnąć pełne zbawienie… Ale to zdanie jest właśnie w tym dokumencie. To jest najistotniejsze zdanie, które właśnie wywołało takie reakcje… To jest najistotniejsze, że tylko przez Kościół katolicki…’. Jaki upór, jaki tupet, jaka kpina z rzetelności, profesjonalizmu, jakie szyderstwo z prawdy…

A zdania tego nie ma w dokumencie i być nie mogło. Człowiek choć trochę wykształcony teologicznie nawet bez czytania dokumentu byłby przekonany, że takiego określenia nie znajdzie, gdyż podpowiadałaby mu to ogólna wiedza. Lecz jeśli ktoś zabiera się za tematy, za całe dziedziny, w których nie zna a, b, c, – nie może tego czuć. Ale czy taki człowiek ma moralne prawo zabierać głos? Czy ma prawo powielać swoją myśl w środkach społecznego przekazu? Moim zdaniem, nie ma takiego prawa! (…) Tak naprawdę nigdy nie będziemy zorganizowanym społeczeństwem. Co najwyżej staniemy się bezkształtną masą, w której słychać będzie tylko jakiś niesprecyzowany bełkot niby komunikujących się, a w rzeczywistości kompletnie nie rozumiejących się jednostek ludzkich. Moim zdaniem, organizując audycje takie jak ‚Salon polityczny Trójki’ na temat Deklaracji ‚Dominus Iesus’ prostą drogą do tego zmierzamy, i to za pieniądze podatnika (…). Ostatni raz cytuję panią redaktor: ‚I na koniec jeszcze chciałabym zapytać, co ks. Adam Boniecki myśli na temat stanowiska Zarządu Akcji Katolickiej, który powiada tak: zadeklarowany ateista nie jest godzien poparcia przez człowieka wierzącego, gdyż posiada zredukowaną wizję człowieka. Pytam o to, bo ksiądz biskup Jarecki dzisiaj napisał duży artykuł w ‚Życiu’ i powiada, że się zgadza z tym poglądem…’. Do trzech razy sztuka! Jak się skłamało dwa, to trzeba i trzeci raz! Każdy, kto czytał mój artykuł, wie, że nie można tym zdaniem streścić przesłania mojej wypowiedzi. W ogóle nie pisałem o ateiście, zaznaczyłem tylko, że w komentarzach wyrwano z kontekstu jedno zdanie i tendencyjnie je komentowano. Nawet bezduszny, niemyślący i nieinteligentny komputer stwierdziłby, że w moim tekście nie ma mowy o ateiście… Pani redaktor natomiast albo tego nie rozumie, albo nie chce zrozumieć i nie ponosi za to żadnych konsekwencji!

W audycji było jeszcze wiele żenujących stwierdzeń, np. o wywyższaniu się Kościoła katolickiego nad inne religie. O tym, że ten dokument nie powinien ujrzeć światła dziennego, że podkreślanie Bożego natchnienia Pisma Świętego to są konserwatywne poglądy i po co to w ogóle podkreślać. (…) Niech czytelnicy ocenią, jaki to jest poziom! Czy nie zasługuje on na miano ‚profesjonalizm niekompetencji’? (…) Styl omawianej audycji uświadomił mi niezwykle niebezpieczną drogę, jaką zaczęło kroczyć dziennikarstwo, mas media. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że środowiska te są w dużym stopniu odpowiedzialne za niski poziom kultury, chaos pojęciowy, skonfliktowanie i rozdrażnienie społeczeństwa. A już bardzo niepokojący jest brak jakiejkolwiek odpowiedzialności i konsekwencji za prowadzoną działalność. Myślę sobie tak: jeśli murarz źle wybuduje dom, w którym zawali się sklepienie i zrani mieszkańców, musi ponieść za to konsekwencje finansowe i prawne. A dziennikarz? Przecież on, produkując buble, wypacza odbiorcę, także rani człowieka, wyrządza mu krzywdę, może nawet większą od tej fizycznej. Czy ponosi za to jakiekolwiek konsekwencje? Dzisiaj nie, a ja sądzę, że powinien ponosić”.

Inne wpadki telewizji publicznej

Telewizja publiczna zdobyła smutną sławę swoim jakże niegodnym i niedopuszczalnym zaangażowaniem w nagonkę na Radio Maryja. Przypomnijmy, że pod koniec 2002 r. pierwszy szczególnie donośny strzał w medialnej nagonce na Radio Maryja padł akurat w telewizji publicznej – przez wyemitowanie 25 listopada 2002 r. w Programie 1 TVP filmu Jerzego Morawskiego „Imperium ojca Rydzyka”. Był to niezwykle paszkwilancki film, zaiste godny czołowych „osiągnięć” propagandy doby stanu wojennego. Paszkwilant J. Morawski w ślad za swoim filmem opublikował dwuczęściowy sążnisty pamflet „Tajemnice ojca Rydzyka” w „Rzeczpospolitej” z 26 i 27 listopada 2002 roku. Bardzo polecam w kontekście oceny tych paszkwili tekst znakomitej publicystki „Tygodnika Solidarność” Teresy Kuczyńskiej „Komuna pokazuje kły” („Tygodnik Solidarność” z 13 grudnia 2002 r.). Autorka przypomniała rozliczne fałsze wyświetlonego w TVP filmu J. Morawskiego, a potem zacytowała na ten temat wypowiedź Jarosława Sellina, przedstawiciela KRRiTV, w debacie „Puls”: „Zastosowano w filmie środki, jakich używa się wobec zorganizowanych grup przestępczych ‚Pruszkowa’ czy ‚Wołomina’ do osób duchownych – mówił Sellin. Na co bp Leszek Sławoj Głódź replikował, że oni mają większe prawa, bo przynajmniej zasłania im się twarze i okrywa tajemnicą nazwiska…”.

Jaka atmosfera panowała w telewizji publicznej za rządów SLD, najlepiej świadczył stosunek ówczesnego szefa „Wiadomości” w TVP Piotra Sławińskiego do Ojca Świętego i do Kościoła katolickiego, skupiającego ogromną część Polaków. Ten stosunek dobrze wyraził ujawniony wiosną 2001 r. służbowy tekst z TVP. Sławiński w piśmie do jednego ze swych przełożonych, opisując plan papieskiej pielgrzymki na Ukrainę, użył określeń „p. Karol Wojtyła”, „przywódca religijny rzymskich katolików”, „lider państwa watykańskiego”. W rozmowie, którą przeprowadziła Agnieszka Kublik z „Gazety Wyborczej’ (nr z 14 maja) z rzecznikiem TVP, usprawiedliwiał on Sławińskiego, twierdząc, że nie można mówić, iż tu coś nie jest w porządku, bo: „Przecież on nazywa się Karol Wojtyła. Czy nie?”.

W programach telewizji publicznej nierzadko bezkarnie akcentowano najbardziej nawet bezmyślne oszczercze teksty na temat polskiego duchowieństwa. Typu wystąpienia „dyżurnego socjologa” TVP prof. Ireneusza Krzemińskiego wiosną 2005 r., gdy skonstatował, że według znanych mu badań rzekomo „przeszło 50 proc. polskich księży to antysemici” (por. W. Żyszkiewicz: „Kościół w krzywym zwierciadle”, „Tygodnik Solidarność” z 13 maja 2005 r.). Zdumiewający był fakt, że w telewizji publicznej (program TVP 3 z 23 lipca 2004 r. o godzinie 23.05) dopuszczono się apologii najbardziej destruktywnej sekty satanistów (por. list B. Pawłowskiej, zastępcy pełnomocnika Stowarzyszenia Rodzina Polska; „Nie dla gloryfikacji sekty”, „Nasz Dziennik” z 30 lipca 2004 r.). Dziennikarze TVP dają nader często wyraz skrajnej tendencyjności nawet w bardzo kontrowersyjnych kwestiach, które wymagałyby od dziennikarzy telewizji publicznej szczególnego poszanowania zasady obiektywizmu. Na przykład 27 lipca 2007 r. dziennikarka TVP 3 w rozmowie z J. Gowinem mówiła o „antysemickich” wypowiedziach o. Rydzyka. Komentując poparcie o. prowincjała Z. Klafki dla Radia Maryja, puentowała: „Zdumiewająca jest ta decyzja zakonu redemptorystów”.

Ataki TVN na Radio Maryja

W walce z Kościołem szczególnie wielką rolę odegrały audycje komercyjnej stacji telewizyjnej TVN i wystąpienia poszczególnych jej przedstawicieli. Właśnie na porządku dziennym jest sprawa podłego wpisu Jacka Pałasińskiego na jego blogu internetowym umieszczonym na stronie TVN 24 w dniu 9 lipca 2007 roku. Wystąpienia, które obraziło miliony słuchaczek i słuchaczy Radia Maryja w stylu łączącym w sobie „walory” propagandy stalinowskiej z doby „zaplutego karła reakcji” (o AK) i lekceważenia niżej zarabiających „roboli” pod koniec lat 70. Dwukrotnie w ostatnim czasie przytaczałem informacje jakże mocno ilustrujące skrajną agresywność TVN wobec Radia Maryja, nie chcę się więc powtarzać. Przypomnę tu tylko pokrótce jeden z najnikczemniejszych wyczynów propagandowych TVN – jej półtoragodzinny film z października 2005 r. pt. „Fenomen ojca Rydzyka”. Komentując ten TVN-owski paszkwil w Radiu Maryja, mówiłem m.in.: „TVN wyświetliła pełen nienawiści i jadu półtoragodzinny paszkwil na o. Tadeusza Rydzyka i Radio Maryja. Materiał utrzymany w konwencji iście stalinowskiego donosu. Film zdominowany był przez insynuacje wypowiadane przez anonimowe osoby. Najbardziej groteskowo zabrzmiały w tym kontekście słowa jednego z realizatorów paszkwilu: ‚Mamy nadzieję, że udało nam się stworzyć obiektywny i prawdziwy obraz’. Rzeczywiście przedziwny obiektywizm. Paszkwilanckie tendencje TVN były od dawna znane. Nic dziwnego, że konsekwentnie odmawiali rozmów z dziennikarzami TVN zarówno o. Tadeusz Rydzyk i pracownicy Radia Maryja, jak i postacie cieszące się prawdziwym autorytetem na czele z ks. abp. Sławojem Leszkiem Głódziem. Ksiądz arcybiskup ostro zareagował na nachalne próby nacisku jednego z redaktorów TVN, chcącego za wszelką cenę nakłonić hierarchę do wypowiedzi dla tak tendencyjnej telewizji komercyjnej na temat Radia Maryja (…)” (cyt. za J.R. Nowak, „Znowu te same autorytety”, „Nasz Dziennik” z 6 października 2005 r.).

W tymże numerze „Naszego Dziennika” z 6 października 2005 r. ukazała się m.in. piętnująca paszkwilancki film TVN wypowiedź poseł do Parlamentu Europejskiego dr n. med. Urszuli Krupy. Pani europoseł stwierdziła m.in.: „Po raz kolejny 2 października 2005 roku w programie Uwaga TVN doszło do znieważenia Ojca Tadeusza Rydzyka, dyrektora katolickiej rozgłośni Radia Maryja, cieszącego się uznaniem i szacunkiem milionów słuchaczy nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Ataki, oszczerstwa, szkalowanie Radia Maryja i Ojca Dyrektora pojawiają się nieustannie od momentu powstania radia, są systematyczne, coraz bardziej brutalne na wzór czasów stalinowskich, szczególnie nasilone jako element walki wyborczej albo w związku z uroczystościami rocznicowymi, gromadzącymi tysiące lub setki tysięcy ludzi chcących się modlić i służyć Ojczyźnie. Po powtarzanych obrzydliwych inwektywach, oszczerstwach, paszkwilach i doniesieniach o niemających miejsca faktach łamania przepisów prawnych, nigdy nie udowodnionych nieprawidłowościach finansowych, bezpodstawnych pomówieniach o antysemityzm, tym razem perfidia dziennikarzy TVN sięgnęła poniżej dna, dotykając świętej pamięci rodziców tego szanowanego i świętego kapłana, co świadczy nie tylko o naruszeniu dóbr osobistych, ale jest objawem całkowitego zaniku zasad etycznych, braku wrażliwości oraz naruszeniem kilku artykułów kodeksu karnego (…). Granie na ludzkich emocjach kosztem ich zaburzeń afektywnych wrogów rozgłośni i Ojca Dyrektora jest bardzo prymitywnym działaniem, perfidną manipulacją i wymaga potępienia. Dlatego zwracamy się do Rady Etyki Mediów o pociągnięcie do odpowiedzialności za emisję tego programu agresywnych dziennikarzy dopuszczających się łamania zasad moralnych, podstawowych wartości oraz łamania prawa i kodeksu karnego”.

Uwagi końcowe

Stoimy w obliczu drastycznego paradoksu. Polska jest krajem, w którym 95 proc. społeczeństwa deklaruje się jako wierzący katolicy. Równocześnie zaś aż 85-90 proc. mediów uczestniczy w zatruwającej umysły systematycznej akcji ateizacyjnej. Jak należałoby temu przeciwdziałać? Co powinno być programem minimum w tym względzie? Przede wszystkim już dawno powinno powstać opracowanie tego typu, jak to, które teraz przedstawiam: Biała księga na temat agresywnej ateizacji, tyle że przygotowana przez całą grupę osób od lat zajmujących się fachowo tą problematyką. Powinien funkcjonować stały zespół do spraw zagrożeń ateizacyjnych. Powinno się – obok uważnej lektury mediów prasowych – stale monitorować programy najważniejszych stacji telewizyjnych i radiowych pod kątem upowszechnianych w nich treści na temat Kościoła i religii. Instytucje kościelne, na przykład kurie, powinny wytaczać procesy osobom winnym szczególnie jaskrawych oszczerstw na temat ludzi Kościoła. Dla przykładu, już dawno należało wytoczyć proces Markowi Edelmanowi za jego wyjątkowo skrajne oszczercze pomówienie, że niektórzy księża wydawali Żydów po spowiedzi, łamiąc jej tajemnicę. Jak wiemy, nie ma cięższego grzechu ze strony duchownego niż złamanie tajemnicy spowiedzi. Taki ksiądz narażałby się na wieczne potępienie i na powszechną pogardę w przypadku wyjścia na jaw całej sprawy. Blisko siedem lat temu napiętnowałem na łamach „Niedzieli” wspomniane insynuacje M. Edelmana i zwróciłem się do niego o to, by podał choć jedyny przykład duchownego, który złamał tajemnicę spowiedzi, wydając Żyda. Apel mój był całkowicie bezskuteczny. W tym roku kolejny raz oszkalowano postać wielkiego duchownego katolickiego – ks. kard. Adama Sapiehy – tym razem na łamach żydowskiego „Midraszu”. Czy w tej sprawie kuria krakowska nie powinna wystąpić na drogę sądową przeciw oszczercom? Były agent UB i SB prof. Andrzej Garlicki oszkalował w podręczniku szkolnym (!) postać wielkiego duchownego ks. abp. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego. Czy nie powinno się podjąć sprawy sądowej w tej kwestii? Powinna zostać opracowana szeroka, przemyślana strategia, jak przeciwdziałać propagandowej kampanii ateizacyjnej, a zwłaszcza jak najszybciej obnażać i rozbijać typowe kłamstwa tej kampanii. Najważniejsze, żeby systematycznie sączonym oszczerstwom umiano też systematycznie przeciwdziałać. My, chrześcijanie, jesteśmy ogromną większością w Polsce. Tym bardziej powinniśmy się bronić, bronić skarbu naszej wiary!

prof. Jerzy Robert Nowak

(,,Nasz Dziennik”, nr 210 [2923], 8-9.09.2007 r.)