Siła ludzi

 

 

Z dr Clarindą E. Calmą o rewolucji różańcowej na Filipinach rozmawia Beata Falkowska

 

W lutym 1986 roku uczestniczyła Pani w wydarzeniach, które przeszły do historii jako rewolucja różańcowa na Filipinach. Jakie są pierwsze refleksje, gdy wspomina Pani tamten wyjątkowy czas?

– Miałam wówczas zaledwie 12 lat, ale dużo pamiętam, bo przeżywaliśmy to szczególnie w mojej rodzinie. Moi rodzice angażowali się mocno w działalność społeczno-polityczną. Działali w tzw. komitetach obywatelskich, nieformalnych zrzeszeniach obywateli, które pilnowały spokojnego przebiegu wyborów w poszczególnych okręgach i liczyły głosy niezależnie od komitetów wyborczych.

Wszyscy się spodziewali, że rządzący od 20 lat dyktator Ferdinand Marcos ogłosi swoje zwycięstwo, choć alternatywne liczenie głosów wskazywało na zwycięstwo kontrkandydatki – Corazon Aquino, wdowy po zamordowanym opozycjoniście Benigno Aquino.

Moja rodzina mieszkała bardzo blisko alei EDSA [Epifanio de los Santos Avenue – Aleja Objawienia się Świętych], przy której znajdują się dwa najważniejsze forty wojskowe: Camp Aguinaldo oraz Camp Crame. Gdy Marcos rzeczywiście ogłosił się prezydentem, część wojska, która odmówiła mu posłuszeństwa, zamknęła się w forcie Camp Crame. Marcos groził im śmiercią. Pamiętam głębokie poczucie niesprawiedliwości, które ogarnęło nas wszystkich. Poczuliśmy, że musimy coś z tym zrobić. Nie bez powodu nazywamy tę rewolucję „People Power”, czyli „Siła Ludzi”, bo była to oddolna odpowiedź na niesprawiedliwość. Arcybiskup Manili, ks. kard. Jaime Sin poprosił, by ci, którzy mogą, przyszli pod fort i modlili się na różańcu za pokojowe rozwiązanie sprawy.

 

Na ten apel odpowiedziało według różnych szacunków nawet 2 miliony ludzi, gromadząc się właśnie na EDSA.

– Manila liczy dziś 15 mln mieszkańców, wtedy miała ok. 10 mln, a więc 20 proc. ludzi odpowiedziało na apel księdza kardynała. Manila jako stolica kraju jest ośrodkiem polityczno-administracyjnym i gospodarczym, a archidiecezja Manili z ks. kard. Jaime Sinem na czele to najważniejsza i najstarsza archidiecezja Filipin. Ma wielkie znaczenie.

Poza tym publiczne wspólne modlenie się nie jest na Filipinach czymś wyjątkowym czy dziwnym. Duże procesje są po świętach Bożego Narodzenia, w Wielkim Tygodniu, w święto patrona parafii. Zatem odzew ludzi na prośbę księdza kardynała był naturalny. Wszyscy czuli potrzebę modlitwy, bo w kraju był stan wyjątkowy.

 

Codziennie była Pani z rodzicami pod fortem?

– Tak, dojeżdżaliśmy tam, koczowaliśmy przez cztery dni i wracaliśmy do domu na noc. Modliliśmy się we wspólnocie z innymi ludźmi. Czuwaliśmy w solidarności z tą częścią wojska, która sprzeciwiła się Marcosowi, przynosząc im jedzenie i picie, bo byli całkowicie odcięci od wszystkich zasobów. W ostatni dzień czuwania Marcos wydał rozkaz strzelania z samolotów, które krążyły w powietrzu, do zgromadzonych ludzi. Piloci nie wykonali tego rozkazu. Ludzie zrozumieli wówczas, że oni są już z nimi, a nie z Marcosem. Także Marcos zorientował się, że nadszedł kres jego władzy, i z całą rodziną odleciał na Hawaje.

 

Zdawała sobie wówczas Pani sprawę z grożącego Wam niebezpieczeństwa?

– Jako dziecko nie odczuwałam jakiegoś wielkiego strachu, ale widok czołgów, które jeździły po ulicach, budził strach. Gdy latały nad nami samoloty, to był na pewno moment największego przerażenia. Bardziej teraz uświadamiam sobie ówczesne zagrożenie, szczególnie po pamiętnych tragicznych wydarzeniach w Rumunii trzy lata po rewolucji na Filipinach. Po dwudziestu latach rządzenia prezydent Rumunii Nicolae Ceaușescu ogłosił wygrane wybory, miesiąc później wybuchła rewolucja, w wyniku której został wraz z małżonką aresztowany. A wkrótce oboje

zostali osądzeni w przyspieszonym procesie sądowym przez sąd wojskowy i rozstrzelani.

 

Pokojowy przewrót Filipińczycy odebrali jako wyraźną interwencję Maryi i owoc modlitwy? Jak wyglądało to w Pani rodzinie?

– W mojej najbliższej rodzinie zostało to odebrane jako cud Maryi. Niedługo potem przy EDSA zbudowano sanktuarium Matki Bożej Pokoju jako wotum wdzięczności.

 

Pamięć wydarzeń z 1986 roku jest dziś żywa wśród Filipińczyków?

– Tak, to wydarzenie jest świętem narodowym, dniem wolnym od pracy. Kiedy w 2009 roku zmarła Corazon Aquino, na EDSA zebrały się tłumy. To miejsce na nowo ożyło.

Na pewno pamięć i interpretacje tych wydarzeń zależą od danego środowiska. Już w 1986 roku te wydarzenia mogły być różnie odbierane. Chodziłam wówczas do szkoły z różnymi ludźmi, nasze rodziny reprezentowały bardzo różne poglądy polityczne. Nawet pamiętam, że gdy wracałam do szkoły po tych wydarzeniach, rodzice pouczyli mnie, żebym za bardzo się nie chwaliła, że byłam na EDSA.

Myślę, że najważniejsze jest to, iż modliliśmy się wówczas razem jako wielka rodzina, jaką jest naród. To jest

cenna nauka, która została i przetrwa.

 

Ksiądz kardynał Sin to dla nas, Polaków, postać pomnikowa, ale i odległa. Ma Pani jakieś osobiste wspomnienia związane z tym duchowym ojcem narodu?

– W wielkim uproszczeniu mogę powiedzieć, że był on dla nas tym, kim Prymas Stefan Wyszyński dla Polaków w czasie socjalizmu. Polska i Filipiny to bardzo odległe i odmienne kraje, ale w tamtym czasie Filipińczycy znajdowali się pod władzą dyktatury. Trwało to 20 lat.

Ksiądz kardynał Sin zjednoczył naród nie tylko z racji pełnienia ważnej funkcji kościelnej, ale dlatego że był ważnym autorytetem moralnym, z którym liczyły się osoby z różnych środowisk, zwłaszcza że Sin pochodził z elity chińskiej. Miałam okazję poznać go osobiście. Podczas tego spotkania opowiadał, że jego ojciec nawrócił się dość późno na katolicyzm. Wspominał, że w niedzielę w ich domu był zwyczaj, że matka po Mszy św. prowadziła katechezę dla całej rodziny – a było tam szesnaścioro dzieci. Ojciec także uczestniczył w tych „lekcjach”, przygotowując się do chrztu. Dla przyszłego kardynała było to bardzo ważne świadectwo wiary. Mnie to przypomina św. Jana Pawła II, kiedy mówił, że największym świadectwem dla niego jako dziecka był modlący się ojciec. Ksiądz kardynał Sin bardzo podkreślał wartość wspólnej modlitwy na różańcu w rodzinie. W tym przypomina mi z kolei ks. kard. Wyszyńskiego.

 

W Polsce szczególnym kultem otacza my Matkę Bożą Częstochowską. Filipińczycy mają takie szczególne miejsca, święta związane z Maryją?

– Są różne bardzo czczone wizerunki Matki Bożej, głównie zabytkowe figury pochodzące z czasów kolonii hiszpańskiej. W moim rodzinnym mieście, w Manili, wielką czcią otaczana jest figura Nuestra Señora de La Naval de Manila, czyli Najświętsza Panna od Floty Manili, która znajduje się w kościele pw. św. Dominika.

Figura została wyrzeźbiona w 1593 roku na zlecenie ówczesnego hiszpańskiego gubernatora generalnego Manili Luisa Pereza Dasmariñasa [zm. 1603]. Chińczyk, który wyrzeźbił tę figurę, nawrócił się w trakcie pracy nad nią. Niedługo potem, w 1646 roku, miasto Manila, będące już wtedy stolicą administracyjną kolonii hiszpańskiej na Filipinach, zostało zaatakowane przez flotę holendersko-angielską. Ludzie wtedy modlili się do Matki Bożej Różańcowej i powierzyli miasto Jej opiece.

Flota hiszpańska, która składała się z Hiszpanów i Filipińczyków, była sześć razy mniejsza niż flota holendersko-angielska, a mimo to wygrała bitwę o Manilę.

Uznano to za wielki cud Matki Bożej. W październiku, kiedy przypada święto Nuestra Señora de La Naval, organizuje się nie tylko wielkie procesje, ale i „peregrynacje domowe” – kopie figurki peregrynują po domach, a rodziny odmawiają Różaniec i wspólnie śpiewają pieśni maryjne. Każdy region ma swoją tradycję związaną z kultem maryjnym. Ale modlitwą, która moim zdaniem naprawdę jednoczy wszystkich Filipińczyków, jest Koronka do Miłosierdzia Bożego.

 

Święta Faustyna jest postacią rozpoznawalną dla katolików na Filipinach?

– Nie tylko dla katolików. Koronka do Miłosierdzia Bożego jest transmitowana o godzinie 15.00 we wszystkich mediach prywatnych i publicznych: w radiu i w telewizji. Koronkę rozpowszechnili na Filipinach Księża Marianie ze Stanów Zjednoczonych na początku lat osiemdziesiątych XX w. Zostały wybudowane dwa narodowe sanktuaria Bożego Miłosierdzia: Bulacan w Marilao, niedaleko Manili, w 1992 r., oraz Misamis Oriental na wyspie El Salvador, na południu Filipin, w 2008 r. Tam większość mieszkańców stanowią muzułmanie. Kult Miłosierdzia Bożego rozpowszechnił się na Filipinach bardzo szybko, myślę, że przemawia bardzo do nas jako do narodu, niezależnie od tego, czy jest się chrześcijaninem, czy muzułmaninem. Muzułmanie czczą Jezusa jako jednego z proroków.

 

Filipiny to swoista chrześcijańska enklawa w sercu muzułmańskiej i hinduistycznej Azji. Większość stanowią katolicy. Jak reprezentowane są inne wyznania?

– Według oficjalnych danych, ok. 95 proc. to są chrześcijanie, w tym ponad 80 proc. – katolicy, muzułmanie to ok. 5 proc. To rzeczywiście ewenement, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że kiedy hiszpańscy kolonizatorzy przyjechali na Filipiny w XVI wieku, większość stanowili muzułmanie.

 

Dostrzegacie tę swoją wyjątkowość państwa katolickiego w tym regionie? Filipińczycy mają poczucie misji?

– W pewnym sensie tak. Dla mnie to zagadka, dlaczego Filipiny są jedynym krajem katolickim w tym rejonie świata. Jan Paweł II podczas wizyty na Filipinach wskazywał na pewną odpowiedzialność, która się z tym wiąże – żeby tę wiarę przekazywać dalej.

 

Po cudzie różańcowym z 1986 roku ks. kard. Sin mówił, że dalej Filipińczycy muszą rozwiązywać problemy przez planowanie i ciężką pracę. Jak dziś wygląda sytuacja społeczno-polityczna w Pani ojczyźnie? Obecny prezydent Benigno Aquino III to syn Benigno i Corazon Aquino.

– Obecny rząd dba o stabilność polityczną i dużo robi, aby zwalczać korupcję. Promuje inwestycje zagraniczne i dzięki temu kraj rozwija się gospodarczo w błyskawicznym tempie. Nie poznałam swojego kraju, gdy byłam tam kilka lat temu. Myślę, że rzeczywiście jest to szczególny moment w naszej historii gospodarczej, m.in. dzięki temu, że Chiny i Indie stały się ogromnymi ośrodkami produkcyjnymi, a przez to dawni kolonizatorzy, którzy prowadzą handel z Chinami i Indiami, tacy jak Hiszpania, Stany Zjednoczone, a nawet Japonia, ponownie budują z Filipinami relacje polityczne i gospodarcze. Natomiast ludzie mają świadomość, że obecny prezydent wygrał, bo nosi nazwisko Aquino, które kiedyś wiele znaczyło, dziś jednak się zdewaluowało.

 

Z czego wynika to rozczarowanie?

– Powodów jest wiele. Materialnie zrobiliśmy ogromny skok do przodu, ale polaryzacja między biednymi i bogatymi jest coraz ostrzejsza. Poza tym rośnie liczba ludzi, którzy wyjeżdżają do pracy za granicę. Oficjalnie to już ok. 2 mln obywateli.

Problemem jest także postępująca urbanizacja, na skutek której mamy przeludnione wielkie miasta i malejącą liczbę ludności na wsiach. Mamy na przykład taką metropolię jak Manila, która ma 15 milionów mieszkańców, a inne miasta mają po kilkaset tysięcy mieszkańców. Brakuje natomiast myślenia o tym, jak stwarzać lepsze warunki pracy, aby ludzie nie musieli emigrować. Często dzieje się to kosztem rodziny, wiele rodzin rozpada się przez rozłąkę. Nie wydaje mi się, żeby obecny prezydent wykorzystywał cały swój potencjał polityczny. Widzę także, że Filipińczycy tracą zaufanie do instytucji państwowych.

 

Kościół jest instytucją zaufania?

– Tak, dużo ludzi wciąż poważnie traktuje wiarę. Obecny arcybiskup Manili, ks. kard. Luis Tagle jest odbierany bardzo pozytywnie i naprawdę jest wielkim autorytetem moralnym.

 

Podniesienie poziomu życia wiąże się z odwróceniem się od Kościoła? Zachodnie trendy laicyzacyjne jak promocja antykoncepcji, rozwodów, aborcji dotykają Pani kraj?

– Jeżeli rozumie się laicyzację jako odchodzenie od Boga, to na pewno nie jest to zjawisko znane na Filipinach. Wiara i religia są bardzo ważnymi elementami życia każdego Filipińczyka. Ale na pewno jest większe rozluźnienie moralne, do czego przyczynia się styl życia promowany przez popkulturę i wzorce rozwiązłego życia celebrytów. Dwa lata temu weszło prawo refundujące środki antykoncepcyjne. Po raz pierwszy została dozwolona aborcja, ale jedynie w przypadku zagrożenia życia matki. Rozwód – i to niezależnie od tego, czy jest się chrześcijaninem, czy muzułmaninem – nie jest dozwolony przez prawo.

 

Młodzi ludzie są widoczną częścią filipińskiego Kościoła?

– Filipiny to „młody” kraj, ponad 50 proc. mieszkańców jest w wieku 15-55 lat, poza tym jest dużo młodych ludzi, którzy żyją swoją wiarą i chodzą do kościoła. Doświadczyliśmy tego szczególnie w 1995 roku, kiedy Ojciec Święty Jan Paweł II był w Manili na Światowym Dniu Młodzieży i odprawił Mszę św. dla pięciu milionów młodych ludzi. Dziś jest to pokolenie, które buduje rodziny i społeczeństwo. To jest pokolenie, które daje naprawdę dużo nadziei. W Kościele filipińskim zawszy był silny laikat. Mamy zaledwie dwóch świętych kanonizowanych przez Kościół katolicki, obaj są świeccy.

 

Może nam Pani przybliżyć te postacie?

– Pierwszy nasz święty to Wawrzyniec Ruiz (1600-1637). Kanonizował go św. Jan Paweł II w Manili w 1981 roku. Ruiz pochodził z chińskiej rodziny z Manili i był członkiem Arcybractwa od Różańca Świętego prowadzonego przez dominikanów. W 1637 r. został męczennikiem, kiedy głosił Ewangelię w Nagasaki, w Japonii.

Drugim jest Pedro Calungsod (1654-1672) kanonizowany w 2012 roku przez Benedykta XVI. Pochodził z południa Filipin, był związany z jezuitami. Również w XVII wieku pojechał na wyspy Guam, by głosić Ewangelię. Bardzo młodo zginął jako męczennik za wiarę – mając zaledwie 19 lat. Nasi święci są młodzi i świeccy.

 

Jak Pani rodzina przygotowuje się do wizyty Ojca Świętego Franciszka?

– Oczywiście chcą uczestniczyć w spotkaniach z Ojcem Świętym. Moja rodzina śledzi to, co Papież mówi, czyta jego wystąpienia. Pielgrzymka papieska to będzie wielka radość. Widzimy, że Ojciec Święty Franciszek jest bardzo blisko ludzi, szczególnie biednych i cierpiących. W programie jego wizyty są dwa spotkania z ofiarami tajfunu Haiyan, który uderzył w nasz kraj w listopadzie 2013 roku. Wszyscy spodziewają się, że zrobi coś niespodziewanego, być może złoży wizytę w którymś ze slumsów.

 

Fantastycznie mówi Pani po polsku. Jak trafiła Pani nad Wisłę?

– To długa historia, materiał na kolejny wywiad. Powiem tylko tyle, że kiedy skończyłam studia pedagogiczne na Filipinach w 1995 roku, podjęłam decyzję, żeby studiować dalej w Europie. Dostałam stypendium w Polsce, zaczęłam uczyć się języka, potem studiowałam anglistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Pracuję obecnie jako anglistka na prywatnej uczelni w Krakowie.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Za: „Nasz Dziennik”, nr 7 (5151), 10-11 stycznia 2015 r., str. M2-M4.