Niszczycielskie działanie portali społecznościowych

Media społecznościowe zmieniają społeczeństwa na całym świecieFacebook, MySpace, Twitter — te i inne portale społecznościowe stały się elementem współczesnego życia. Korzystają z nich miliony ludzi, począwszy od małych dzieci aż po osoby w starszym wieku. Zdominowały one internet do tego stopnia, że niemal każdy posiada różne profile, ujawniając na nich jakieś aspekty swego życia. Jednak zwłaszcza rodzice powinni zadać sobie pytanie, czy rzeczywiście w pełni rozumieją związane z tymi portalami niebezpieczeństwa?

 

Człowiek, który jest istotą ograniczoną, został stworzony dla nieograniczonego Boga. Nie może uciec od tego celu, może jedynie udaremnić jego osiągnięcie. Piszę „nie może uciec” nie dlatego, iż powinien tego pragnąć, cóż bowiem może być bardziej chwalebnego niż być stworzonym dla Bytu nieskończo­nego, ale ponieważ ludzie często próbują to robić. U jednych przybiera to postać roz­paczliwej próby znalezienia ostatecznego zaspokojenia w kontakcie z istotą mniejszą od Boga. Dla innych oznacza uporczywe od­gradzanie się od Niego, poprzez otaczanie się rzeczami materialnymi.

Jeśli lata mego kapłaństwa czegoś mnie nauczyły, to właśnie tego, jak iluzoryczne i bezwartościowe są wszystkie rzeczy i zjawi­ska, utrudniające dotarcie człowieka do Boga. Zbliżyć się do Boga, zjednoczyć się z Nim — to prawdziwy cel istnienia człowieka. Bóg jest jednak niezmierzony, obejmuje wszystko, jest najszczęśliwszy i nieskończony. W od różnieniu od naszych relacji ze stworzeniami, w żadnym momencie nie możemy powiedzieć do Boga: „Doszedłem już tak daleko, że nie mogę iść dalej”.

Osiągnięcie Boga wymaga czasu, głębi, wysiłku i pragnienia. Nie można Go zastąpić niczym mniejszym niż On sam. Zatrzymanie się na rzeczy stworzonej zawsze pociągnie za sobą utratę nieskończoności, a życie człowie­ka pozbawione perspektywy zjednoczenia z nieskończonością, nie ma żadnego sensu.

Stechnicyzowany świat odwraca odwieczny porządek

Osiągnięcie przez człowieka wy znaczonego mu przez Boga celu ni gdy nie było tak trudne jak dziś, ponieważ rzeczy — w swej istocie banalne i bezwartościowe — nigdy nie były tak kuszące i łatwo dostępne. Na każdym poziomie egzystencji człowieka — naturalnym, intelektualnym, społecznym i nadprzyrodzonym – to, co jest wyższe, jest bardziej ożywcze i wartościowe od tego, co niższe. Zasady są ważniejsze od praktyki, myślenie od dzia­łania, trwanie od przemijania, wysiłek od odpoczynku, kontemplacja od medytacji, fi­lozofia od nauki, rzeczy duchowe od mate­rialnych, Bóg od człowieka.

Nasz stechnicyzowany świat odwraca jed­nak ten porządek, kierując nas ku temu, co przemijające i powierzchowne, czyniąc życie rozumnych istot ludzkich społeczną aberra­cją. Wiadomości telewizyjne, seriale, billboardy, telefony komórkowe, iPody, gry wideo, muzyka rockowa, smsy, faxy, emaile, stałe notowania akcji, prognozy pogody, infor­macje o korkach… W jaki sposób człowiek pogrążony w tym zalewie informacji, może prowadzić życie duchowe, niezbędne do osią­gnięcia swego ostatecznego celu?

Ten tekst napisałem na laptopie, podaro­wanym mi od znajomego biznesmena. Po prawej stronie 17-calowego monitora znaj­duje się pasek Google, zapraszający do wy­szukiwania wszelkich ciekawostek w wyszukiwarce lub Wikipedii. Wyświetlający się zegar odmierza minuty i sekundy, nad nim zaś znajduje się świecące słońce z aktualną temperaturą w St. Mary's oraz przewidywa­ną najwyższą i najniższą temperaturą na dziś. Równocześnie zapraszany jestem do skorzy­stania z innych 1532 gadżetów oferowanych przez Google. Zrezygnowałem z wyświetla­nia pozycji planet, Tetrisa, map, wirtualnego bukietu, paska telewizji, cytatów Einsteina na każdy dzień i rozmaitych innych „uboga­cających życie” dodatków. A to przecież jedy­nie wierzchołek góry lodowej.

Portale społecznościowe rozbudzają próżność

Jednym z najpopularniejszych wśród na­stolatków mediów, a jednocześnie duchowo ogromnie niszczycielskim, są portale spo­łecznościowe. Na pierwszy rzut oka wydają się one nieszkodliwe: młodzi ludzie korzy­stają z czatu, przesyłają sobie zdjęcia, pozna­ją przyjaciół. Gdyby nasza kultura nie była toksyczna, to portale te mogłyby odgrywać pozytywną rolę. Jednak w rzeczywistości za­chęcają one użytkowników do prowadzenia drugiego, równoległego życia. Zachęcając do zawierania wirtualnych przyjaźni, nie stawiają żadnych barier społecznych czy też reguł, które w normalnej rzeczywistości wy­znaczają rodzice oraz zwykłe poczucie przy­zwoitości.

Bardzo często różnica między prawdzi­wą tożsamością nastolatków a ich profilem internetowym jest tak ogromna, jak różni­ca miedzy nieżyjącą aktorką Shirley Tempie a współczesną piosenkarką Britney Spears. Granicę między życiem wirtualnym a ży­ciem realnym wyznacza jedynie klawiatura komputera. Różnice pomiędzy nimi są czę­stokroć naprawdę szokujące.

Ogromna popularność Twittera, MySpace i Facebooka wśród nastolatków nie powinna w zasadzie dziwić. Ich ogromne możliwości tylko rozbudzają próżność nastolatków, dając perspektywę zyskania potencjalnie nieogra­niczonej liczby znajomych i fanów. Weźmy na przykład Facebooka: każdy udział w queezie, każde przesłane zdjęcie, każda wybrana pre­ferencja, każdy komentarz, każda informacja o samopoczuciu i zmiana profilu jest natych­miast przesyłana każdemu ze znajomych, któ­rych przeciętny użytkownik posiada około 120. Słynna tablica informacyjna Facebooka jest nieustannie aktualizowana przez użyt­kowników i ich wirtualnych przyjaciół.

Wymagania społeczne ani moralne nie istnieją

Młodzi ludzie korzystający z portali społecznościowych wchodzą do narcystycznego inkubatora, który jest równie uzależniają­cy, jak zdumiewająca jest jego zdolność do zapewniania dobrego samopoczucia. Wielu decyduje się w nim pozostać, porzuca­jąc rodzinę, przyjaciół i prawdziwy świat. Koncentrują się na wirtualnym życiu, które dowartościowuje ich i zaspakaja potrzebę ak­ceptacji, a przy tym nie stawia żadnych wy­magań moralnych czy społecznych.

Według najnowszych badań, każde staty­styczne dziecko i nastolatek spędza w internecie codziennie 6 godzin i 21 minut. Ich uwagę przyciągnąć można jedynie poprzez zniżanie się do ich poziomu i do schlebiania im. Skandale i sensacje sprzedają się lepiej niż treści wartościowe. Badania Teen Trends Study, przeprowadzone w latach 2004 i 2006 kończą się konkluzją, iż „obecne młode po­kolenie jest wyjątkowe: jego życie stało się teatralną, reżyserowaną przez nich samych produkcją medialną”.

W internetowym matrixie szerzy się eks­hibicjonizm. Zgodnie z naturą ludzką, to dziewczęta starają się przyciągać uwagę płci przeciwnej. Jednak w świecie wirtualnym to chłopcy chwalą się piciem, paleniem, wystę­pami w grupach death-metalowych. Popisują się zdjęciami, na których ich dziewczyny są często bardzo skąpo ubrane, w prowokacyj­nych sytuacjach i pozach. Tylko nieliczne nastolatki wahają się przed udostępnieniem w sieci swoich zdjęć. Me, My Space and I cytuje pewną czternastolatkę: „Umieściłam na MySpace kilka moich zdjęć w seksow­nych pozach. Wiem, że są niezłe ł rzucają się w oczy, ponieważ starsi mężczyźni nieustan­nie proszą mnie o dodanie ich do znajomych. Podoba mi się, gdy ludzie myślą, że jestem modelką. Czuję się dzięki temu ważna”.

Wirtualny świat determinuje rzeczywistość

Oficjalnym terminem oznaczającym przygotowanie własnego profilu na porta­lu MySpace jest pimping out, co w języku angielskim oznacza stręczenie. Pojawił się nawet nowy termin — sexting — odnoszący się do mody na przesyłanie zdjęć, na któ­rych nastolatkowie są półnadzy lub nadzy. W 2008 roku pewna dziewczyna z Cincinnati popełniła samobójstwo po tym, jak zdjęcie przeznaczone dla jej chłopaka, na którym była obnażona, zostało omyłkowo rozesłane do uczniów kilku szkół, a ona sama stała się obiektem drwin.

Jeszcze do niedawna ludzie robiący sobie zdjęcia i rozsyłający je swoim znajomym, uważani byliby za zdziwaczałych egocentry­ków. Obecnie młodzi ludzie zabierają aparaty cyfrowe w każde miejsce, w które się udają, mając nadzieję, że zrobione tam fotografie pozwolą im przyciągnąć większą widownię w internecie. A ponieważ wiedzą, że będą mogli obejrzeć je wszyscy internauci, dlatego zachowują się prowokacyjnie i wyzywająco.

Kilka dziewcząt z Florydy w 2008 roku nagrało scenę, w której pobiły koleżankę ze szkoły. Później zamieściły to nagranie na YouTube, mając nadzieję na zyskanie wyso­kiego rankingu. Obecnie to, co wirtualne, determinuje rzeczywistość. Nastolatkowie żyją nie w prawdziwej rzeczywistości, ale dla świata wirtualnego. Dorastanie online po­ciąga jednak za sobą bardzo poważne efek­ty uboczne. Poglądy nastolatków na życie są w ogromnym stopniu kształtowane przez wirtualny świat Facebooka.

Cztery medialne hasła ogłupiające ludzi

Co oznacza bycie czyimś znajomym? Jak powinno się rozmawiać, aby nawiązać i utrzymać znajomość czy pożądane rela­cje z innymi? Co jest najważniejsze w ży­ciu? Co oznacza być spełnionym i odnieść sukces? Na czym polega prawdziwe dobro? Odpowiedzi na te pytania daje młodzieży subkultura portali społecznościowych po­przez zamieszczanie reklam, poprzez samą swą strukturę, a także zachowania użytkow­ników. Analizując je, możemy wyobrazić so­bie, jak wyglądałoby społeczeństwo ukształ­towane przez osoby niedojrzałe, nietknięte przez żadne normy cywilizacyjne.

Byłoby to społeczeństwo złożone z milio­nów młodych ludzi, z których każdy spędza na portalach społecznościowych 44 godziny w tygodniu. Byłoby to społeczeństwo ludzi pozbawionych zdrowych relacji rodzinnych, którzy normalne wymogi życiowe i cywili­zacyjne uważaliby za krępujące ich ograni­czenia. Książka Pokolenie MySpace streszcza w czterech hasłach przesłanie, które otrzy­mują dzieci i młodzież w mediach i portalach społecznościowych.

Pierwsze przesłanie brzmi: najważniejsza jest zabawa, potrzebujecie nieustannej roz­rywki. Jeśli masz coś ciekawego, pochwal się tym. W rezultacie współczesne dzieci są bardziej wyalienowane ze społeczeństwa, niż kiedykolwiek w przeszłości. Drugie przesła­nie mówi, że skromność jest czymś nie na czasie, przestarzałym i krępującym, a troska 0  zachowanie prywatności oznacza upośle­dzenie. Jako że kultura ekranu zakorzeniona jest w infantylnej mentalności obrazkowej, dlatego nastolatkowie stają się dziś publicz­nymi   ekshibicjonistami   ł  podglądaczami, mają zadatki na narcyzów. Trzecie hasło głosi, że prawdziwe szczęście jest wynikiem popularności i sławy. Czwarte: sukces jest wynikiem oddania się konsumpcji. A zatem musisz kupować, żeby cenić siebie samego i żeby inni ciebie doceniali i szanowali.

Technologie infantylizują umysł

Produktem końcowym współczesnego wychowywania przez media jest screenager, czyli osoba, która wykonuje wiele czynności równocześnie, ponadto jest egocentryczna i alergicznie reaguje na obowiązki. Coraz więcej ludzi zaczyna, dostrzegać ten problem. Susan Greefield z Oxford University, neuro­log i dyrektor Royal Institution, stwierdziła niedawno: „Obawiam się, że technologie in­fantylizują umysł i sprowadzają odbiorców do poziomu małych dzieci, które są zaba­wiane przez hałaśliwe dźwięki i błyski, mają ograniczoną zdolność koncentracji i żyją jedynie chwilą obecną. Często zastanawiam się, czy prawdziwa rozmowa w czasie rze­czywistym może zostać ostatecznie zastąpio­na przez sztucznie skonstruowane, gotowe i proste dialogi tekstowe, w podobny sposób, jak zabijanie, obdzieranie ze skóry i ćwiartowanie zwierząt dla celów konsumpcyjnych zastąpione zostało przez wygodny zakup pa­czek z mięsem w supermarketach”.

Sue Palmer, autorka Toxic Childhood, pi­sze: „Stoimy dziś w obliczu zagrożenia roz­woju umysłowego dzieci, ponieważ nie angażują się one w te działania, w które an­gażowały się przez minione tysiąclecia. Nie jestem przeciwniczką technologii i kompu­terów, jednak zanim dzieci zaczną udzielać się na portalach społecznościowych, muszą nauczyć się nawiązywać prawdziwe relacje z ludźmi”.

Nawet Ojciec Święty Benedykt XVI wyda­wał się być zaniepokojony tym zjawiskiem. Kiedy Watykan ogłosił uruchomienie własnego kanału na YouTube, papież zmuszony był przyznać: „Byłoby smutne, gdyby nasze pra­gnienie podtrzymywania i rozwijania przy­jaźni online pociągało za sobą utratę zdolności do porozumiewania się wewnątrz naszych ro­dzin, z naszymi sąsiadami oraz tymi, których spotykamy na co dzień w naszych miejscach pracy, edukacji czy rekreacji”.

Nie przejmuj się, rób co chcesz!

Wartość każdego człowieka zależy od głębi jego relacji z naszym Panem Jezusem Chrystusem. Jeśli ludzie ograniczają swoją aktywność do klikania i naciskania przyci­sków, trudno byłoby oczekiwać, aby byli zdol­ni do dochowania wierności Zbawicielowi i wytrwania w stanie łaski. Bycie czyimś znajomym w świecie wirtualnym zatraci­ło jakiekolwiek znaczenie. Ktoś jest twoim wirtualnym przyjacielem tak długo, aż nie usuniesz go z listy znajomych. Chrystus wy­maga od nas całkowitego i trwałego zaanga­żowania, o którym screenager przesiadujący na MySpace nie ma najmniejszego pojęcia. Możliwość zrobienia zdjęć i promowania sie­bie w internecie jest dla niego znacznie bar­dziej pociągająca, niż wezwanie Zbawiciela, by wziąć swój krzyż i iść za Nim.

Tradycyjny rytuał poprzedzający intymne relacje między kobietą i mężczyzną, którego najważniejszym elementem jest zawarcie sa­kramentalnego małżeństwa i złożenie ślubu dozgonnej wierności, należy już do przeszło­ści. Obecnie wspólne życie nastolatkowie zaczynają już w okresie dojrzewania. Etyka katolicka wymaga dojrzałości psychicznej i stabilności finansowej przed zawarciem związku. Świat wirtualny mówi, że skoro jest się dojrzałym fizycznie, to potrzeba jedynie znaleźć partnera, aby móc w pełni korzy­stać z praw przysługujących z natury jedynie małżonkom.

Papież Pius XI ze zdumiewającą przeni­kliwością, charakterystyczną dla jego ency­klik, zauważył już 80 lat temu: „Najcięższą chorobą, trapiącą czasy współczesne, a zara­zem obfitym źródłem wszelakiego zła, nad którym słusznie ubolewa każdy rozumny człowiek, jest lekkomyślność i bezmyślność, pędząca na oślep ludzi na bezdroża. Stąd ten ciągły i gwałtowny pęd do poświęcania życia jedynie rzeczom zewnętrznym. Stąd nienasycona żądza bogactw i rozkoszy, osła­biająca w duszach ludzkich pragnienie wyż­szych dóbr, wikłająca je w sprawy doczesne i przemijające do tego stopnia, iż nie pozwala im myśleć o sprawach wiecznych, o prawach Bożych i o Bogu samym — jedynym począt­ku i celu wszelkich stworzeń”. W jałowym życiu online nie ma miejsca na pełnię wiary.

Odrzucić zdrowy rozsądek, dorastać „na żywo”

Przedzierając się przez stosy statystyk i studiów, w których autorzy badają obec­ny proces destrukcji kulturowej, trudno jest oprzeć się uczuciu rozczarowania. Analizy te nieodmiennie opierają się na dwóch aksjo­matach: 1. argumenty oparte na zdrowym rozsądku i fundamentalnych zasadach są bezwartościowe, „nienaukowe”, „nie poparte eksperymentami” — widzimy że w tym dzia­łaniu nie ma tu dedukcji, a jedynie indukcja; 2. najwyższym celem, do którego wszyscy musimy dążyć, są starania, aby dla naszych dzieci wszystko uczynić „bezpiecznym”. To tak, jak gdyby w szpitalu dla pacjentów z różnymi rodzajami raka, lekarze oferowali jedynie zabiegi kosmetyczne.

Dla współczesnego świata istnieją jedynie problemy natury materialnej, a nie duchowej. Mamy rozmawiać z dziećmi i ich rodzicami, wsłuchiwać się w ich troski i uwagi. Mamy oferować im terapie behawioralne, leki oraz treningi świadomości. Jednak dzisiejsza mło­dzież jest już dostatecznie uwikłana w ma­terializm, dlatego jedynym ratunkiem jest uwolnienie od niego. Nie potrzeba maści re­generującej skórę, ale leku, który przeniknie do wnętrza człowieka, do samej duszy.

Na początku 2008 roku PBS Frontline wyemitowała film dokumentalny zatytuło­wany Growing up Online (Dorastanie „na żywo”). Jego autorzy wybrali reprezenta­tywną grupę prawdziwych nastolatków z pewnego sennego miasteczka w stanie New Jersey, ukazując w jaki sposób prze­ciętni, młodzi ludzie korzystają z internetu. Film rozpoczyna się słowami: „W Morris w stanie New Jersey, podobnie jak w pozo­stałych miastach USA, 90 proc. nastolatków używa internetu, żyjąc w świecie ukrytym przed ich rodzicami”. Następnie przedsta­wione są cztery przykłady.

Samotność w sieci

Pierwszy z prezentowanych nastolatków, Greg, posiada wszystkie cechy wspólne dla całej badanej grupy: jest całkowicie pochło­nięty wirtualnym światem, odcina się od swego prawdziwego domu. Jego ojciec przy­znaje, że wygodniej komunikować się z nim, wysyłając mu emaile, niż idąc osobiście do jego pokoju. Matka zaś dodaje: „Jest od nas bardzo uzależniony, nie wiem, czy zdaje so­bie z tego sprawę. To po prostu część jego osobowości”. Sam Greg wyjaśnia, że nie ma czasu na czytanie Szekspira, po prostu prze­gląda Spark Notes — internetowe streszcze­nia dzieł literackich.

Wulgarność i anoreksja

Sara była cichą, introwertyczną dziewczy­ną. Obecnie całkowicie zmieniła się. Wkrótce po rozpoczęciu przygody z wirtualnym świa­tem, pewien chłopak poprosił ją o przesłanie zdjęcia, na którym byłaby naga. Zapewniał ją, że on zrobi to samo. Sara opowiada: „Czułam się trochę skrępowana, więc on napisał: «OK. Wobec tego przyślij zdjęcie, na którym bę­dziesz miała jak najmniej ubrań». Tak więc zrobiłam zdjęcie. To było tylko zdjęcie, tak naprawdę nic to nie znaczyło”. W dalszym ciągu programu wyznaje: „Na pozór prowa­dziłam całkowicie beztroskie życie. Ale pod tym wszystkim kryła się moja prawdziwa osobowość. Kiedy jestem online, wtedy poka­zuję prawdziwe oblicze. To jestem w 100 proc. ja. Mogę rozmawiać z ludźmi o wszystkim, ponieważ wiem, że nie będą mnie osądzać”.

Sara ma problem z anoreksja, o czym jej rodzice nie wiedzieli. Udziela się na forach internetowych w rodzaju „Chude jest piękne”, gdzie anorektyczki wymieniają się wzajem­nie różnego rodzaju radami. Deifikują anoreksję, nazywając ją boginią „Ana” i kom­ponują hymny na jej cześć. Sara znajdowała tam porady na temat picia, oczyszczania or­ganizmu i drastycznych diet, co ułatwiało jej radzenie sobie z zaburzeniami pokarmowy­mi. „Część mnie jest całkowicie Ana, a część anty-Ana” — wyznała. Niekiedy uważała tę ideologię za odrażającą, a innym razem całkowicie z nią się utożsamiała. Na koniec wy­wiadu udzielonego Frontline wyznała jednak: „Mam nadzieję, że reszta mojego życia nie będzie tak wyglądać, ponieważ wiem, że nie powinnam tak żyć”.

Gwiazda niemoralnych filmów

Jessica prowadziła zwykłe życie nasto­latki. Była jednak nieszczęśliwa. Stworzyła więc swój wirtualny profil. „Nie chciałam być znana jako Jess. Chciałam być kimś cał­kowicie innym. Nigdy nie miałam przyjaciół, nie pasowałam do szablonów. Próbowałam ciągle na nowo, ale to wciąż nie byłam ja. Czułam się niepewna i zagubiona. Czułam się obco w tym mieście zdominowanym przez białych należących do klasy średniej”. Stworzyła konto na MySpace i przeobraziła się w gwiazdę filmów pornograficznych. Jej rodzice widzieli, że stale przebywa w swym pokoju, nie zdawali sobie jednak sprawy, co tam robi — nie jadała z nimi, nie spędzała z nimi czasu. Stała się za to niezwykle popu­larna online. „Nie czułam się sobą, ale podo­bało mi się to. Czułam się jak ktoś sławny”.

W pewnym momencie dyrektor szkoły do­wiedział się o jej wyczynach internetowych i poinformował o tym jej rodziców. Byli za­szokowani, kazali jej skasować wszystkie pli­ki. Jessica wspomina: „Zostałam całkowicie wymazana z wirtualnego świata. Odebranie czegoś, co ma dla ciebie takie znaczenie, to jak najgorszy koszmar”. Jej ojciec, wyznający liberalne zasady, mówi: „Była to dla niej waż­na lekcja. Musi wiedzieć, komu ufać. Trzeba uważać, komu udostępnia się informacje, jak ludzie je odbierają i jak mogą wypaczyć ich kontekst”. Ostatecznie jednak rodzice po­zwolili jej wprowadzić na powrót te materia­ły do internetu.

Nękanie i poradnik dla samobójców

Ryan Halling był ofiarą internetowego nę­kania. Jego ojciec wspomina: „Popełniłem oczywisty błąd, instalując komputer w jego pokoju. Pozwoliłem, by odgrywał zbyt wiel­ką rolę w jego życiu”. 13-letni Ryan był ośmieszany i wyszydzany w internecie, co znalazło odbicie w jego relacjach z rówieśni­kami w szkole. Wyzywano go od „pedziów”, usiłował więc — nieskutecznie — wzbudzić zainteresowanie najpopularniejszej dziew­czyny w klasie. W ten sposób ośmieszył się jeszcze bardziej. Wkrótce zaczął przeglądać strony internetowe o śmierci i samobójstwie, zawierające praktyczne rady, jak odebrać so­bie życie. Do czego zresztą zachęcali go nowi, internetowi znajomi. Ostatecznie, mając 13 lat, odebrał sobie życie. Powiesił się. Przez cały czas jego ojciec nic nie wiedział o jego problemach i aktywności w wirtualnym świecie.

Katoliccy rodzice — nie bądźcie naiwni!

Gdybym miał streścić w kilku słowach przesłanie tego artykułu, brzmiałoby ono: rodzice, obudźcie się! Bezpieczne korzystanie z internetu, tak na poziomie naturalnym jak i nadprzyrodzonym, wymaga zarówno doj­rzałości, jak też ugruntowanej wiary. Wasze nastoletnie dzieci nie posiadają ani jednego, ani drugiego. Do napisania tego artykułu nie skłoniła mnie lektura Sumy teologicznej św. Tomasza, ale zagłębienie się w rzeczy­wistość wirtualną i konstatacja, że dzieci z tradycyjnych, katolickich rodzin używa­ją Facebooka i ulegają związanym z tym wszystkim niebezpieczeństwom.

To naprawdę przygnębiająca świadomość, iż tradycyjni rodzice, starający się ze wszyst­kich sił prowadzić prawdziwie katolickie życie, wydają równocześnie swe bezbronne dzieci na pastwę wroga. W wielu przypad­kach kompromis ten pozbawia dzieci jakiej­kolwiek nadziei na rozeznanie powołania i naraża je na popełnienie poważnych błędów przed i po zawarciu małżeństwa. Naraża je również na błąd w wyborze współmałżonka. W pewnych przypadkach naiwność rodzi­ców przynosi naprawdę katastrofalne skutki.

Niektórzy są przekonani, że kulturowa pustynia naszej epoki jest „rajskim ogrodem” albo przynajmniej bezpiecznym placem za­baw. Dlatego pozwalają na nieskrępowany dostęp do różnych technologii, internetu, iPodów, odtwarzaczy, konsol, telefonów komórkowych, telewizji, DVD, poczty email, MySpace i Facebooka. W przeciągu zaledwie kliku sekund nastolatek może zyskać dostęp do pornografii, nieprzyzwoitych treści i sata­nistycznej muzyki, nie mówiąc już o innych materiałach. Podobnie jak zaufanie, tak też niewinność utracić można w jednej krótkiej chwili.

Wpływ ducha tego świata prowadzi do osłabienia wiary, braku zainteresowania wiarą, alienacji od rodziny i utraty prawdzi­wego sensu życia. To nie technologia jest zła. Problem polega na tym, że ludzie wyposa­żyli ją w ogromny potencjał niszczycielski. Wielu rodziców ma osobisty problem z od­powiedzialnym używaniem technologii, zaś w przypadku dzieci niebezpieczeństwo to jest znacznie poważniejsze. Udostępnianie technologii nastolatkom — niedojrzałym, niestabilnym emocjonalnie, ciekawskim i buntowniczym — jest jak wręczenie dziec­ku pojemnika z benzyną i zapałek, przy jed­noczesnym pouczeniu, żeby zachowało się ostrożnie. Taka rada może jedynie zagłuszyć sumienie rodziców, ale z pewnością nie po­może w niczym ich dzieciom.

Internet, życie i kultura — kilka wniosków

Internet: jeśli korzystanie z niego w domu jest niezbędne, niech odbywa się w spo­sób publiczny, ograniczony i kontrolowany, j Przed osiągnięciem dojrzałości dzieci nie po­winny mieć niekontrolowanego dostępu do technologii.

Życie: prowadźcie prawdziwe życie. Budujcie rzeczywiste relacje z waszymi współmałżonkami, dziećmi, przyjaciółmi. Głębia relacji z Bogiem jest odzwierciedle­niem czasu i zaangażowania, jakie poświęca­my ludziom.

Kultura: czytajcie książki, grajcie na instru­mentach i śpiewajcie. Łączcie rozrywkę z edu­kacją, pamiętając, że zabawa nie powinna was wyjaławiać, ale uwznioślać i ubogacać. •

ks. Paul Robinson FSSPX

Źródło: „The Angelus”, lipiec 2009 tłum. Tomasz Maszczyk

Za: „Zawsze Wierni”, nr 5 (168), wrzesień-październik 2013, str. 45-52.

"Portale społecznościowe są jak lodówka... – Otwierasz, patrzysz, zamykasz... I tak co pięć minut" -