Najważniejsza część ciała…

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Kochani moi parafianie i drodzy sympatycy naszego bydgoskiego Sacré-Cœur!

Nie raz zadaję prowokacyjne pytanie: która część ludzkiego ciała – oczywiście rozumiana nie dosłownie, a metaforycznie, obrazowo – jest najważniejszą w modlitwie? Przeważnie padają odpowiedzi typu: rozum lub serce. Jedno i drugie bez wątpienia jest bardzo ważne. Bardzo ważne, wręcz nieprzecenialne w modlitwie, jednak nie najważniejsze. Najważniejsze jest… ucho.

Dlatego też największe z przykazań – przykazanie miłości – rozpoczyna się słowami: shema Israel – „słuchaj Izraelu”! „Jam jest Pan Bóg twój… Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił”. Ale zaczyna się słowem „słuchaj!”. To jest niezmiernie istotne: umieć słuchać Boga, usłyszeć głos Boży w sobie. Bez tego, ani nic nam nie da serce, ani rozum, bo jedno i drugie może pozostawać na usługach ducha złego. Po to, żeby Duch Święty w nas działał, potrzeba nam jest umiejętność właściwego słuchania. Ale żeby móc słuchać, żeby móc usłyszeć Boga w sobie, trzeba się umieć wyciszyć. I do tego wyciszenia wewnętrznego wręcz niezbędną rzeczą jest też i cisza zewnętrzna. Ona nie wystarcza. Sam cisza akustyczna, czyli to że niczego ucho nie odbiera, niczego nie słychać, czy tam słychać nie wiele, słychać zaledwie szept czy szmer, nie wystarczy; jednak jest bardzo wskazana. Ona umożliwia, ułatwia wyciszenie wewnętrzne.

Dlatego też zauważmy, że mnisi w rozmaitych klasztorach, takich kontemplacyjnych o surowej regule, zachowują milczenie. Oni są wyciszeni. Na przykład pozdrawiają się tylko słowami memento mori w przejściu – „pamiętaj o śmierci”, i nie rozmawiają, rozmawiają tylko w wyznaczone dni. Wiele godzin jest tak zwanego silentium, czyli ciszy. Obowiązuje silentium w zakonach czy na rekolekcjach, nawet w seminariach duchownych w czasie rekolekcji, od Apelu Jasnogórskiego, na przykład, aż do śniadania… Po to, żeby człowiek mógł się skupić, żeby mógł usłyszeć ten Boży głos w sobie. I rzecz znamienna: jeżeli się wyciszymy, jeżeli mamy tę możliwość, ten komfort, że nie ma bez przerwy hałasu, tych decybeli, jakiś powtarzanych ciągle fraz; jesteśmy w stanie zarówno usłyszeć głos Boży, jakieś konkretne przesłanie, usłyszeć możemy wręcz i krzyk Boży w sobie, jakieś przynaglenie, jakieś mocne wezwanie. Ale jesteśmy też zdolni usłyszeć milczenie Boga, które jest nie mniej wymowne, jest bardzo wymowne i bardzo ważne dla nas. Jak można usłyszeć milczenie w zgiełku? To jest nie możliwe. I można usłyszeć też w ciszy głos własnej duszy. Inaczej: jeżeli ciągle coś ktoś nadaje, no to często jest tak, że nasze sumienie jest uśpione, nie słyszymy tego krzyku własnej duszy, krzyku o nawrócenie, krzyku o zmianę życia. Uspokajamy się tym, że wypowiadamy ciągle niejednokrotnie niestety nawet bezmyślnie jakieś frazy, albo inni za nas wciąż coś mówią. Niby coś się ciągle dzieje a de facto dzieje się wewnątrz nas bardzo mało.

Dlatego kochani, jestem tak gorącym zwolennikiem adoracji Najświętszego Sakramentu w zupełnej ciszy. Bynajmniej nie neguję wartości modlitwy wypowiadanej na głos, modlitwy wspólnoty, która też na głos się zanosi do Boga. Ona jest bardzo ważna, przydatna, wręcz konieczna. Chodzi jednak o proporcje. Najważniejszą jest właśnie ta modlitwa którą zanosimy do Boga w ciszy i ona powinna na adoracji zdecydowanie dominować.

Zauważmy, gdy Prorok Eliasz szukał Pana Boga, chciał z Nim rozmawiać… Pan Bóg przechodził, ale najpierw przechodziła potężna wichura łamiąca skały. Bóg nie był w wichurze. Potem przyszło trzęsienie ziemi. Bóg nie był w trzęsieniu ziemi. A potem palący ogień. I Bóg nie był w ogniu. Następnie dopiero po tej wichurze, trzęsieniu ziemi, ogniu…, nastąpił szelest łagodnego powiewu. Zrozumiał Eliasz, że to Pan Bóg przechodzi, bo Bóg jest właśnie w tym łagodnym powiewie, w tej ciszy. I wówczas Eliasz zrozumiał, zasłonił twarz, następnie rozpoczął dialog z Panem Bogiem. Usłyszał zarówno Boga jak i usłyszał swój własny głos. Właśnie w warunkach takiego wyciszenia.

I teraz pytanie: gdyby tak jak to się stało modne często, na adoracjach Najświętszego Sakramentu, że nie ma chwili ciszy, chwili wytchnienia, tylko ciągle ktoś coś na głos powtarza. Różaniec na głos odmawiamy. Jeszcze się nie skończył – ktoś zaczyna litanię. Jeszcze słowa litanii nie przebrzmiały – ktoś już rozpoczyna pieśń. A ktoś inny się denerwuje, żeby zdążył następną pieśń rozpocząć, żeby ktoś inny tego nie zaczął, bo każdy chce coś tam wnieść takiego, w znaczeniu, w rozumieniu właśnie wypowiedzenia na głos. Ale to jest też i zakłócanie ciszy, i odbieranie szansy Panu Bogu, który chce nam coś ważnego niejednokrotnie w ciszy powiedzieć.

Co usłyszał by Eliasz, gdyby bez przerwy mu grano na gitarze, była by gitara, tamburyno, może jeszcze jakieś diabelskie skrzypce i ciągła recytacja? Jest to jedna wielka porażka, ponieważ w ten sposób odbiera się Panu Bogu szansę. Nie chciałbym się wyrazić, że się Panu Bogu knebluje usta, ale w każdym razie wiele wówczas tracimy. Zatem starajmy się docenić walory ciszy, a także w tej ciszy dostrzeganego głosu Bożego, niejednokrotnie krzyku albo też i milczenia.

 

ks. Roman Kneblewski

Za: Tuba Cordis, 3.06.2012 r.