Braun: Testament Lecha Kaczyńskiego

 

 

Braun: Testament Lecha KaczyńskiegoBezkrytyczni propagatorzy kultu tragicznie zmarłego Prezydenta jego dyskusyjne działania i zaniechania gotowi są kwalifikować jako nieznaczące drobiazgi. Najchętniej zresztą milczą o nich – a kiedy to już niemożliwe, powołują się z tajemniczą miną na jakieś „naciski”, którym rzekomo nie sposób było się oprzeć. Chętnie bym się czegoś konkretnego o owych naciskach dowiedział – cóż, kiedy świadkowie tej świeżej historii uparcie milczą. Tak, czy inaczej, kiedy dzisiaj słyszę z ust polityków aspirujących do najwyższych urzędów wezwania do wypełnienia mitycznego „testamentu” ś.p. Lecha Kaczyńskiego – zastanawiam się, czy aby dobrze zapoznali się z jego dorobkiem – ? Do jakich dokonań tragicznie zmarłego Prezydenta chcą nawiązywać?

 

Jeszcze za życia ś.p. Lecha Kaczyńskiego, na początku roku 2010 zdarzyło mi się publicznie tłumaczyć, dlaczego nigdy nie oddam nań głosu w wyborach prezydenckich. Mówiłem, że przechodzi on do historii jako autor dwóch podpisów, które katastrofalnie zaważyły na polskiej racji stanu. Pierwsza sprawa: wstrzymanie ekshumacji w Jedwabnem w 2001 r. – zależne od woli L. Kaczyńskiego jako ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego.

Po półtorej dekady możemy doskonale ocenić ogrom strat, jakich ta decyzja przysporzyła Polsce. Utrwalona wówczas, a nie zweryfikowana naukowo wersja tragicznych wydarzeń z lata 1941 r. weszła do kanonu antypolskiej propagandy na całym świecie. Wersję o 1600. ofiar polskiego bestialstwa bezkrytycznie i z lubością reprodukuje się dziś masowo zarówno w świecie akademickim i kulturalnym, nie mówiąc o przemyśle rozrywkowym i środkach masowej dezinformacji. Czynności śledcze wówczas mocą decyzji L. Kaczyńskiego przerwane trzeba będzie pilnie wznowić, kiedy tylko Polacy odzyskają suwerenność we własnym kraju. Nie może bowiem poważne państwo nie dążyć do pełnego wyjaśnienia tak bestialskiej zbrodni, jak ta.

 

Drugi fatalny podpis: sygnowanie tzw. traktatu lizbońskiego w 2007 r. – czyli de facto abdykacja, zrzeczenie się niepodległości Polski przez uznanie akcesji do innego, nadrzędnego tworu państwowego. Z bólem i zażenowaniem wspominać można żałosny spektakl, który temu towarzyszył: licytowanie się prezydenta z premierem – kto ten podpis na wagę rezygnacji z polskiej suwerenności pierwszy złoży. Mogę dziś bez kompleksów potępiać tamten akt oportunizmu – bo i wówczas, zawczasu jeszcze wraz z innymi państwowcami sygnowałem otwarty list upraszający Pana Prezydenta, by tego nie czynił. Czy prędko uda nam się przywrócić pełnię polskiej jurysdykcji na polskim terytorium? Czas pokaże – choć nie będzie to łatwe, z uwagi na funkcjonowanie euro-doktryny Breżniewa, która przecież ewentualnym secesjonistom grozi zbiorowym gwałtem, tj. interwencją „w obronie demokracji”.

 

Po namyśle uzupełniam listę dziejowych dokonań Lecha Kaczyńskiego o jeszcze jedną tragiczną decyzję: rozmontowanie parlamentarnej większości, która w 2007 roku „groziła” przyjęciem prawa gwarantującego ludzkie życie od poczęcia aż do naturalnej śmierci. Prezydent Kaczyński zażegnał to „niebezpieczeństwo” wspólnie ze swym bratem-premierem – utrwalając na następne pokolenie ów słynny „kompromis aborcyjny”, który Polaków stawia na cywilizacyjnym poziomie odpowiadającym stanowi prawnemu obowiązującemu w narodowo-socjalistycznej III Rzeszy Hitlera (tam też wolno było bezkarnie zabijać tylko niektóre dzieci – sic).

 

W porównaniu z tym, sygnowanie depeszy gratulacyjnej z okazji reaktywacji w Polsce programowo antypolskiej loży B’nai B’rith (masonerii, w której obowiązuje konkretny cenzus narodowościowy) – to już naprawdę drobiazg nie wart szerszego rozpamiętywania.

 

Bezkrytyczni propagatorzy kultu tragicznie zmarłego Prezydenta jego dyskusyjne działania i zaniechania gotowi są kwalifikować jako nieznaczące drobiazgi. Najchętniej zresztą milczą o nich – a kiedy to już niemożliwe, powołują się z tajemniczą miną na jakieś „naciski”, którym rzekomo nie sposób było się oprzeć. Chętnie bym się czegoś konkretnego o owych naciskach dowiedział – cóż, kiedy świadkowie tej świeżej historii uparcie milczą. Tak, czy inaczej, kiedy dzisiaj słyszę z ust polityków aspirujących do najwyższych urzędów wezwania do wypełnienia mitycznego „testamentu” ś.p. Lecha Kaczyńskiego – zastanawiam się, czy aby dobrze zapoznali się z jego dorobkiem – ? Do jakich dokonań tragicznie zmarłego Prezydenta chcą nawiązywać?

 

Sam bynajmniej nie redukuję całego dzieła tak okrutnie przerwanego życia do kilku ww. manifestacji oportunizmu. Doceniam w ś.p. Prezydencie polskiego państwowca, choć odrzucam konkretne pryncypia ustrojowe, jakim hołdował (demokratyzm, etatyzm, laicyzm). Szanuję dzieło Muzeum Powstania Warszawskiego – czy jednak równoważy ono impet innych dzieł tego samego inicjatora (masońskiego Centrum Nauki Kopernik i jawnie antypolskiego Centrum „Polin” tj. Muzeum Historii Żydów Polskich) – ?

 

Jego apologeci najchętniej powołują się na tzw. „politykę jagiellońską”. Proszę bardzo, to jest temat do rozmowy – ale jak oni sami realizują to hasło w praktyce? Otóż ostatnio okazało się, że czynią to np. poprzez nierozmawianie z premierem Węgier, bo ten „burzy solidarność europejską”. I po prawdzie trudno było spodziewać się czego innego po ludziach, którzy dogmatem polskiej polityki wschodniej uczynili „nierozmawianie” z prezydentem Białorusi – co zwłaszcza w ostatnim roku przybiera rozmiary ślepoty wręcz zbrodniczej z punktu widzenia polskiej racji stanu. Zdeklarujcie się więc wyraźnie, Sz. Panowie, wykonawcy testamentu ś.p. Prezydenta Kaczyńskiego, na czym wam naprawdę zależy? Na dobrym imieniu Polski, czy na dobrej opinii żydowskiej prasy? Na polskiej rodzinie, czy na neutralności lobbystów przemysłu aborcyjnego? Na Wielkiej Polsce, czy na „solidarności europejskiej”?

 

Grzegorz Braun

Za: „Polska Niepodległa”, nr 7 (77), 23.02.2015-01.03.2015

 

Komentarz Teofila: Pan Grzegorz Braun zapomniał dodać do listy dokonań śp. Lecha Kaczyńskiego, złożenia przez niego podpisu pod zabójczym w skutkach dokumentem Codex Alimentarius (kodeks żywności) narzuconym przez ONZ, a wdrożonym przez Unię Europejską. Dokument ten został przyjęty przez Polskę podpisem Lecha Kaczyńskiego 31grudnia 2009 r. Dokument obowiązuje od dnia 1 stycznia 2010. Wprowadza on zmiany w międzynarodowym prawie handlowym, szczególnie  w obrocie ziołami, witaminami i żywnością. Pisząc krótko, nowe prawo ułatwi bezkarne skażanie żywności pod pretekstem walki z zarazkami, grzybami i chorobami. Jak podaje p. Wojciech Deresiński, Codex Alimentarius prędzej czy później sprawi, że:

– witaminy i minerały w ilościach leczniczych będą zakazane;

– większość ziół i preparatów ziołowych będzie nielegalna;

– będzie obowiązywał zakaz naturalnych (tanich) terapii stosujących te składniki;

– będą dopuszczone do produkcji żywności substancje niebezpieczne dla zdrowia, w tym pestycydy i GMO (genetycznie modyfikowane organizmy);

– będzie możliwość uznania za lek każdego produktu spożywczego;

– uprawa warzyw, owoców i ziół w ogródku będzie wymagała zezwolenia;

– będą obowiązywać zakazy informacji o wartościach odżywczych i zdrowotnych żywności.

Niedawno zatwierdzona przez prezydenta Komorowskiego ustawa, zezwalająca na prowadzenie eksperymentalnych upraw polowych roślin transgenicznych w warunkach otwartych, oraz ułatwiająca import pasz GMO z innych krajów, to tylko wierchołek góry lodowej i naturalna konsekwencja zobowiązań Polski wynikających z podpisania przez Lecha Kaczyńskiego właśnie tego dokumentu, o którym Polacy już dawno zapomnieli, albo nigdy o nim nie słyszeli, ponieważ sprawa była maksymalnie wyciszona. Wspominał o niej m. in. „Nasz Dziennik” w artykule pt. Kontrolując żywność, kontrolujesz ludzi. Szkoda tylko, że był to pierwszy i ostatni tekst w tym dzienniku.