Ekumenizm to nie esperanto

Ekumenizm musi się obronić przed zagrożeniem sztucznością i niebezpieczeństwem oderwania od życia.

Od samego początku swego pontyfikatu Benedykt XVI powtarza, że jednym z jego priorytetów jest „przywrócenie pełnej i widzialnej jedności chrześcijan”. W trakcie niedawnego spotkania ekumenicznego w Kolonii Papież skorzystał z okazji, by sprecyzować, o co chodzi w tym dążeniu: „Kościół katolicki dąży do osiągnięcia pełnej widocznej jedności uczniów Chrystusa, zgodnie z definicją, jaką dał w rozmaitych swoich dokumentach Sobór Watykański II (por. „Lumen gentium”, nn. 8;13; „Unitatis redintegratio”, nn. 2;4 itd.). W naszym przekonaniu jedność taka trwa w Kościele katolickim, w którym nie grozi jej utrata (por. „Unitatis redintegratio”, n. 4)”. Tak więc Kościół katolicki zachował swoją jedność – jedności potrzebują rozproszeni chrześcijanie.

Słowa te zostały słusznie odebrane jako sprostowanie niejasności narastających wokół celów ruchu ekumenicznego. – Nie zawsze rozumiemy to samo pod pojęciem jedności, której pragniemy – mówił niedawno w trakcie Zjazdu Gnieźnieńskiego kard. Walter Kasper z watykańskiej Rady ds. Jedności Chrześcijan. Kardynał przestrzegał przed uprawianiem ekumenizmu w atmosferze „mglistego poczucia solidarności, rozwodnionego humanizmu czy też „religii do wszystkiego”, w której rozwadnia się wszystko w rozpraszającym relatywizmie i indyferentyzmie”.

We mgle

Można zapytać, czy skutecznym nośnikiem tej dwuznacznej atmosfery, w której ekumenizm zamienia się w swoją karykaturę, nie jest przypadkiem już sam język, którego używa się obecnie? Słowa, mające do niedawna jasno sprecyzowane znaczenie, tracą je coraz częściej „ze względów ekumenicznych”. Co może oznaczać słowo „Kościół”, jeśli stosuje się je do takich zrzeszeń chrześcijańskich, które nie mają ani początków apostolskich, ani hierarchii sakramentalnej, ani ważnej Eucharystii? Co może znaczyć słowo „biskup”, jeśli nie trzymamy się już tego tradycyjnego znaczenia, zgodnie z którym chodzi o osobę, która otrzymała pełnię kapłaństwa i została w sposób realny włączona w sukcesję apostolską? Co może znaczyć słowo „ksiądz”, jeśli nazywamy już nim nie tylko mężczyzn, którzy przyjęli ważne święcenia kapłańskie? Jakiego sensu nabiera słowo „Eucharystia”, jeśli zaczyna ono dotyczyć także zebrań modlitewnych, na których nie uobecnia się realnie Ofiary Chrystusa?

Oczywiście można przyjąć, że słowa te zmieniły znaczenia – i że Kościołem nazywamy odtąd każde stowarzyszenie chrześcijańskie, biskupem – każdego zwierzchnika takiej grupy, księdzem – każdą osobę przewodniczącą zebraniom modlitewnym, a Eucharystią – każde zgromadzenie wspominające Wielkanoc. Ale jest to bardzo ryzykowna operacja, a zamęt z nią związany nie równoważy ewentualnych korzyści. Zresztą niczego to nie rozwiązuje.

Zrób sobie biskupa

Jednak w tej mglistej atmosferze niedopowiedzeń mogą się rodzić – i rodzą się – prawdziwe i naprawdę głębokie nieporozumienia. W trakcie obrad Zjazdu Gnieźnieńskiego przedstawiciele strony protestanckiej nie ustawali w dopominaniu się o dopuszczenie ich do regularnego i pełnego udziału we Mszy Świętej, włącznie z interkomunią i wspólnym celebrowaniem Eucharystii. Trzeba przyznać, że niejeden z ekumenistów po stronie katolickiej patrzy przychylnie na podobne postulaty, a władza kościelna reagowała już na nadużycia tego typu, w ich najskrajniejszych i nagłośnionych przypadkach. Tymczasem realizacja tych postulatów byłaby typowym przykładem gry pozorów, dlatego Kościół katolicki stoi na stanowisku, że do przyjęcia Komunii niezbędne jest m.in. wyznawanie wiary katolickiej, a do wspólnego celebrowania Eucharystii (koncelebry) konieczne jest posiadanie ważnych święceń kapłańskich przez celebransów. Bez spełnienia tych warunków wchodzimy w krainę, w której Chrystus, Eucharystia i prawda o kapłaństwie zostają podporządkowane „politycznej poprawności” fałszywego ekumenizmu.

Zjawisko takiego wypierania prawdy przez ekumeniczną „polityczną poprawność” może być dobrze zilustrowane przez sposób, w jaki czołowe media katolickie relacjonowały cytowaną wyżej wypowiedź Benedykta XVI. Papież mówił, że celem ekumenizmu jest „osiągnięcie pełnej widocznej jedności uczniów Chrystusa”, która w sposób nieutracalny „trwa w Kościele katolickim”, dopuszczając pewne zróżnicowanie w teologii, duchowości, liturgii i dyscyplinie. Tymczasem w obszernej depeszy streszczającej to wystąpienie, Katolicka Agencja Informacyjna niemal całkowicie pominęła ten kluczowy passus: „Zastanawiając się nad istotą przyszłej jedności chrześcijan, Benedykt XVI przypomniał, że Kościół katolicki bardzo jej pragnie, co jednak nie oznacza jednorodności we wszystkich przejawach teologii i duchowości, w liturgii i dyscyplinie” (KAI, 22.08.2005). W tym karłowatym „streszczeniu” doszło do niemal całkowitego przekręcenia nauki Benedykta XVI.

Brak wspólnego świadectwa

Droga zjednoczenia chrześcijan w wyznawaniu tej samej wiary, sprawowaniu tych samych sakramentów i przynależności do tej samej społeczności kościelnej pozostaje nadal zatarasowana licznymi realnymi trudnościami. Czy są jakieś pola, na których chrześcijanie mogą się rzeczywiście zjednoczyć już dziś? W swoim kolońskim wystąpieniu Benedykt XVI przypomniał, że „niecierpiącym zwłoki priorytetem” jest dla ekumenizmu dawanie przez chrześcijan wspólnej odpowiedzi na „wielkie kwestie moralne naszych czasów”. Papież ubolewał, że takiego „niezbędnego świadectwa” nieraz brak, a „z powodu sprzeczności na tym polu traci na sile świadectwo ewangeliczne i ukierunkowanie etyczne, jakie powinniśmy dawać wiernym i społeczeństwu, przybierając nierzadko niejasną formę”. Faktycznie, autor wydanej niedawno u nas przez „Frondę” książki miał pełne prawo zatytułować ją: „Kiedy sól traci smak. Etyka protestancka w kryzysie”. Problemem jest jednak nie tylko oburzający fakt zaangażowania się niektórych chrześcijan wprost po stronie cywilizacji śmierci – lecz także zjawisko o wiele szersze: stopniowana znieczulica, brak zdolności do reakcji, rozpowszechniony bałwochwalczy „kult świętego spokoju”.

Goszczący w Polsce na zaproszenie środowiska „Christianitas” zielonoświątkowy pastor szwedzki Ake Green opowiadał nam, jak bardzo osamotniony był jego protest przeciw nadużyciom moralnym homoseksualizmu.

Niestety, także w Polsce poza licznymi spotkaniami i wspólnymi modłami ruch ekumeniczny nie był w stanie doprowadzić do jakiegoś wspólnego i czytelnego świadectwa w ważnych sprawach etycznych – ani w kwestii obrony życia nienarodzonych, ani w sprawie stosunku do legalizacji par homoseksualnych, ani w sprawie zapłodnienia in vitro czy w innych zagadnieniach etycznych. Co więcej, nie wydaje się, by te sprawy były przedmiotem troski uczestników dialogów ekumenicznych.

W duchu Kolonii?

W Kolonii Papież mówił, że „najlepszą postacią ekumenizmu jest życie zgodnie z Ewangelią”. Niestety, w ostatnich latach ruch ekumeniczny stawał się zjawiskiem coraz bardziej podobnym do klubu esperanto. Jak wiadomo, język esperanto został wynaleziony i w trudzie skodyfikowany po to, by mogli się w nim porozumiewać ludzie na całym świecie – lecz w praktyce pozostał tym, czym był od początku: sztucznym tworem, zrozumiałym tylko dla esperantystów i zaspokajającym tylko ich esperanckie ambicje. W ten sposób rzekome narzędzie budowania jedności między ludźmi różnych kultur stało się przysłowiowym „elektrycznym narzędziem do gaszenia świec”, wydumanym i niepotrzebnym. Ekumenizm musi się obronić przed podobnym zagrożeniem sztuczności i oderwania od życia.

Ekumenizm potrzebuje zatem nie tylko nowego powiewu energii, ale przede wszystkim nowego, bardziej trzeźwego ducha. Duch nowego ekumenizmu powiał z Kolonii. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha.

Paweł Milcarek

(,,Przewodnik Katolicki”, nr 40/2005)