Demaskulinizacja mężczyzn

Sprawy płci w UE

Nieboszczka konstytucja europejska sześciokrotnie wspominała o równości płci:

1) jako o wartości, na której Unia Europejska jest oparta (§ I-2), 2) jako o jednym z jej

celów (§ I-3.3), 3) że ma obowiązywać we wszystkich dziedzinach, łącznie z

zatrudnieniem, pracą i płacą, gdzie mają być specjalne ułatwienia dla niewystarczająco

reprezentowanej płci (§ II-83), 4) że wszystkie działania wymienione w dokumencie

mają być rozumiane jako eliminujące nierówności i promujące równość między

kobietami i mężczyznami (§ III-116), 5) że Unia ma pilnować krajów członkowskich,

by zapewniły tę równość na rynku pracy i w traktowaniu przy pracy (§ III-210.1i) oraz

6) wylicza zasady płacowe, w których ma być równo za taką samą lub tyle samo wartą

pracę, i chodzi tu nie tylko o samą pensję, ale i o wszelkie dodatkowe świadczenia

wynikające z pracy, o takie samo liczenie wykonawstwa akordowego i czasu pracy,

ale z prawem do preferencji dla płci słabiej reprezentowanej (§ III-214).

Projekt ten zakazuje dyskryminacji z powodu płci czy orientacji seksualnej (§ II-

81, III-118) i zapowiada zwalczanie takiej dyskryminacji w krajach członkowskich (§

124.1).

Wprawdzie projekt konstytucji stwierdza, że każdy ma prawo do życia (§ II-62),

ale jest też mowa o swobodzie świadczenia usług (§ III-145) również medycznych w

miarę stopniowego likwidowania ograniczeń w tym zakresie w krajach członkowskich

(§ III-141), natomiast zakazuje się wprowadzania nowych ograniczeń (§ III-144). Cały

dział poświęcony zdrowiu (§ III-278) dużo mówi o transgranicznej dostępności usług

medycznych. W sposób oczywisty chodzi tu również o usługi aborcyjne.

Ten projekt konstytucji jest już martwy, ale po pierwsze próbuje się go ożywić, a

po drugie, co o wiele ważniejsze, elementy programu feministycznego stale trafiają do

najprzeróżniejszych dokumentów głosowanych w Parlamencie Europejskim. Zawsze

ktoś zadba o to, by do dowolnego dokumentu dopisać zapis o prawie do „zdrowia

reprodukcyjnego” (czytaj „do aborcji”), o zakazie dyskryminowania na podstawie

„orientacji seksualnych” (czytaj o promowaniu „homoseksualizmu”) i o równości płci.

Zawsze jest dla tych sformułowań większość i one przechodzą.

Męskość-kobiecość

Żyjemy w dziwnych czasach. Temat równości płci (gender equality) jest bez

przerwy lansowany w ramach poprawności politycznej. Powstają dokumenty na ten

temat w ONZ, w Unii Europejskiej, w Radzie Europy itd. Na uczelniach powstają

kierunki studiów i katedry do badań nad kobietami (women studies) i nad równością

płci. Na różnych posadach, funkcjach i w organach przedstawicielskich wprowadza się

numerus clausus, wymóg określonej minimalnej proporcji kobiet. Na siłę wprowadza

się kobiety do gremiów decyzyjnych, do wojska, do policji, do ekip na wyprawy

kosmiczne, do męskich ról w filmach (np. policjantka goniąca przestępców itp.)

Kiedyś w głębokim PRL-u było hasło „kobiety na traktory”. Dziś socjalizm dotarł na

Zachód i już nie tylko chodzi o traktory, ale o wszystkie męskie funkcje.

Równocześnie w imię równości namawia się mężczyzn do kobiecych ról. Przedstawia

się ich przy przewijaniu dzieci, przy gotowaniu, przy zmywaniu naczyń, przy

pielęgnacji chorych itd. Ponoć wszyscy jednakowo do wszystkiego się nadajemy.

Tego wymaga ideologia feministyczna i aktualna polityczna poprawność.

Tymczasem mężczyźni i kobiety się różnią. Ten oczywisty fakt gdzieś się dzisiaj

w świadomości powszechnej gubi. Chodzi tu nie tylko o różnice fizyczne, które dla

wszystkich są widoczne, ale i o psychiczne. Jednych od drugich nie sposób odłączyć.

Kobieta przez dziewięć miesięcy nosi dziecko pod swoim sercem, potem je rodzi,

własną piersią karmi. Brak tych doznań u mężczyzn powoduje, że mają inny stosunek

do dziecka. Ze względu na swą rolę biologiczną kobieta tradycyjnie wykonuje

większość prac w domu i blisko domu, a mężczyzna te, które wymagają dłuższego

oddalenia się od dzieci. Jej ustawiczną pracę widać najlepiej, gdy nie jest zrobiona,

podczas gdy jego dopiero, gdy ją skończy. Kobieta z reguły wykonuje prace lżejsze, a

mężczyźnie zostawia się te wymagające większego wysiłku fizycznego, co ma chronić

jej potencjalne macierzyństwo. Ze względu na swą rolę biologiczną kobieta jest

wyposażona w cechy potrzebne do jej pełnienia, a mężczyzna w cechy potrzebne do

roli, jaka jemu z natury rzeczy przypada. Właściwości żeńskie i męskie nie stanowią

przeciwieństw. One się wzajemnie uzupełniają.

Dziś próbuje się nam wmawiać, że różnic nie ma, że obie płcie są jednakowo

przystosowane do każdej pracy. To nieprawda. Oto kilka znaczących różnic.

Kobieta

Mężczyzna

Fizycznie słabsza, łagodniejsza

Silniejszy, twardszy

W sytuacji konfliktowej wykorzystuje słabość,

płacze

W sytuacji konfliktowej nadużywa przewagę

fizyczną

Delikatna, łatwo zranić, łatwiej ustępuje

Łatwiej zniesie nawet ostrą krytykę

Dla niej ważne drobiazgi, umie o nich pamiętać

Pilnuje by sprawy ważne nie utonęły w natłoku

drobiazgów

Kieruje się uczuciem, wyczuwa sytuację

Kieruje się rozumem, wyczucia mu brak

Chce by mężczyzna się domyślił, czego ona pragnie

Trudno mu się domyślić. Sam mówi wprost

Łatwiej adaptuje się do nieprzewidzianej sytuacji.

Łatwiej improwizuje. Działa spontanicznie.

Lubi być przygotowanym. W sytuacjach

nieoczekiwanych odnajduje się trudniej. Potrzebuje

namysłu

Dla niej ważniejsze są sprawy domowe i o nich

myśli w zakładzie pracy

Dla niego ważniejsze są sprawy zawodowe, myśli o

nich w domu

Przede wszystkim pragnie miłości

Pragnie uznania

Chce się czuć bezpieczną pod opieką męża

Chce opiekę roztaczać, wykazać się opiekuńczością

Różnimy się, ale i uzupełniamy się. Całe szczęście, że różnimy się i całe

szczęście, że uzupełniamy się. Tak nas Pan Bóg stworzył i wiedział, co robi.

Autorytet

W normalnie uporządkowanych rodzinach dzieci uznają autorytet rodziców, a

małżonkowie wzajemnie swój, w wyraźnie rozdzielonych kompetencjach. Trudno

wymagać, by dzieci szanowały rodziców, jeżeli rodzice nie szanują dziadków i siebie

na wzajem. Trudno wymagać, by dzieci szanowały ojca, jeżeli nie szanuje go własna

żona, by szanowały matkę, gdy nie szanuje jej własny mąż. Autorytet wymusić można

strachem, karami, krzykiem, ale o wiele jest on trwalszy i autentyczniejszy, gdy jest

wypracowany przez naśladownictwo. Kto nie szanuje innych, sam nie będzie

szanowany.

W dzisiejszych czasach rodziny przeżywają kryzys autorytetu. Już prawie nie

zdarza się u nas, by syn pocałował ojca w rękę. Tradycyjnie ojciec był szanowany z

tego tytułu, że jest chlebodawcą, a matka, że jest rodzicielką. Dziś najczęściej praca

zarobkowa ojców nie starcza na utrzymanie rodziny, więc pracują też zarobkowo

matki, a bywają rodziny bez ojców, gdzie matka sama utrzymuje rodzinę. Nawet,

jeżeli w takich domach ojciec alimentuje swe dzieci, nie jest to dla nich zauważalne,

że ma on wkład w ich utrzymanie. Gdy oboje rodzice pracują zarobkowo, to oboje

muszą partycypować w czynnościach domowych. Różnice między rodzicami się

zacierają. Oczywiście ona pozostaje rodzicielką, a on pełniąc domowe funkcje, zwykle

gorzej niż ona, staje się kimś mniej wartościowym. Jego rodzicielstwo samo w sobie

szacunku nie budzi. Gdy nie jest jedynym chlebodawcą, jego autorytet maleje.

Maleje też dlatego, że mężczyźni są coraz mniej męscy.

Emancypacja i feminizm

Kiedyś ruch emancypacji kobiet, a obecnie ruchy feministyczne, dążą do

zacierania różnic między płciami. Jest oczywiste, że za tę samą pracę musi być taka

sama zapłata. Ale każdy dyrektor czy kierownik działu zatrudnienia w dowolnej firmie

wie, że wartość pracy kobiety i mężczyzny jest inna. Nadają się do innych zajęć. Inne

mają predyspozycje psychiczne i inne uwarunkowania biologiczne. Jak śmiał się

Chesterton, emancypantki miały hasło: „nie będą nam mężczyźni dyktować”, a potem

w większości stały się stenotypistkami. Okazało się, że się wspaniale nadają na

sekretarki (pamiętają o drobiazgach, potrafią myśleć i pamiętać o kilku sprawach na

raz, wyczuwają nastrój szefa, łagodzą napięcia). Natomiast dużo rzadziej sprawdzają

się na kierowniczych stanowiskach (podejmują decyzje bardziej pod wpływem

uczucia niż rozwagi, w chwilach trudnych popadają w depresję, mają mniej

inicjatywy).

Oczywiście są wyjątki. Są kobiety bardziej zdecydowane, przedsiębiorcze,

twarde. Mówimy o nich, że zachowują się po męsku. To uznaje się za komplement, za

określenia dowartościowujące. Na fakcie istnienia takich kobiet bazuje cały program

emancypantek i feministek, które uważają, że są to cechy nabyte, że każda może je

nabyć, że ich brak wynika ze spychania kobiet do podrzędnych ról.

Są też wyjątki w drugą stronę. Są mężczyźni o kobiecych cechach, zniewieściali.

To już nie komplement i nikt świadomie nie pragnie wychowywać chłopców w tym

kierunku.

To dążenie do wychowywania wszystkich w tym samym kierunku, w kierunku

męskości, w rzeczywistości uwłacza kobietom. Poniża kobiecość. Traktuje ją jako coś

gorszego, o niższej wartości, stan, od którego trzeba się wyzwolić. Coraz

powszechniej zatraca się tradycyjny szacunek dla kobiety, jako istoty słabszej

zasługującej na opiekę. Takie drobiazgi jak wpuszczanie kobiety pierwszej przez

drzwi, jak ustępowanie jej miejsca w tramwaju, jak całowanie w rękę, jak podawanie

potraw przy stole w pierwszej kolejności itd., to są ginące elementy szacunku dla płci

słabszej. Praca domowa kobiet znalazła się w pogardzie, o czym świadczą takie

określenia jak „kobieta niepracująca” czy „kura domowa”.

W dążeniu do dorównania mężczyznom feministki zapragnęły pozbyć się balastu

kobiecości, który im w karierze zawodowej przeszkadza, czyli wszystkiego, co łączy

się z macierzyństwem. I mamy macierzyństwa coraz mniej.

Aborcja

Jednym z podstawowych elementów programu ruchu feministycznego jest

powszechna dostępność aborcji na żądanie. Reklamowane to jest jako prawo kobiety

do swego ciała, do wyboru, do pozbycia się niechcianego balastu, jakim jest

macierzyństwo. Niezależnie od wszystkich innych negatywnych konsekwencji aborcji,

jedną z nich jest ubezpłodnienie ojca zabijanego dziecka. Z woli matki, ojciec dziecka

pozbawiany jest ojcostwa. Był ojcem, a przestaje nim być. Ma to ogromne

konsekwencje dla samoświadomości mężczyzn. Przestają być odpowiedzialni za

prokreację. To matka, jeśli zechce, urodzi dziecko i uczyni mężczyznę ojcem, a jeżeli

nie zechce, to je zabije i on już ojcem nie będzie. Ojcostwo przestaje zależeć od jego

woli. W rezultacie przestaje też się czuć odpowiedzialnym za ojcostwo.

W sytuacjach gdy sam ojcem być nie chce, przymusza żonę czy kochankę, by

usunęła ciążę. Ma pretensję, że się nie „zabezpieczyła”, czyli nie stosowała środków

antykoncepcyjnych. Aborcja staje się ostatecznym „zabezpieczeniem” na wypadek,

gdy antykoncepcja zawiedzie. Akceptując antykoncepcję i aborcję mężczyźni sami

pozbawiają się męskości.

Antykoncepcja

Antykoncepcja, to nic innego jak wykreślenie biologicznych konsekwencji

współżycia płciowego. To oddzielenie stosunku płciowego od jego funkcji

prokreacyjnych. Korzysta się z przyjemności pożycia płciowego, bez otwarcia na jego

podstawowy biologiczny cel. Nie tylko partner czy partnerka, ale także mąż czy żona,

przy ubezpłodnionym stosunku, staje się jedynie dostarczycielem przyjemności,

narzędziem do zaspakajania pragnień. Zamiast być podmiotem miłości, staje się jej

przedmiotem. Dawanie przekształca się w branie, w używanie drugiej osoby.

Zamknięcie się na prokreację to wyzwanie rzucone płodności. Obecny kryzys

demograficzny świata zachodniego jest tego konsekwencją.

Kiedyś prezerwatywy stosowane były głównie w stosunkach przygodnych,

pozamałżeńskich, właśnie by nie komplikować sobie rozpustnego życia

pozamałżeńską ciążą. Dziś stały się normą również w małżeństwach, by nie

komplikować sobie życia zawodowego niechcianą ciążą. Stosunek bez prezerwatywy

może nawet być zaskarżony jako gwałt. Dzisiaj młodzieży, która pije mówi się „nie

pij”, młodzieży, która bierze narkotyki „nie bierz”, która wagaruje „nie wagaruj”, ale

tej, która jest aktywna płciowo mówi się „zabezpiecz się, używaj środków

antykoncepcyjnych”. W wielu krajach, by zredukować ciąże u nieletnich, nawet

rozdaje się środki antykoncepcyjne w szkołach i to bez wiedzy rodziców. W ramach

programów pomocy gospodarczej dla krajów ubogich często uzależnia się ją od

przyjęcia i zgody na promocję środków antykoncepcyjnych. W ramach walki z AIDS i

innymi chorobami wenerycznymi zaleca się stosowanie prezerwatywy. To wszystko

zachęca do rozwiązłości płciowej. Tymczasem promocja wstrzemięźliwości płciowej i

wierności małżeńskiej jest o wiele skuteczniejsza w walce, nie tylko z ciążami u

nieletnich, ale i w walce z chorobami wenerycznymi, również z AIDS (przykład

Ugandy).

Otóż spójrzmy prawdzie w oczy. Antykoncepcja to podstawowe narzędzie

demaskulinizacji mężczyzn. Spłodzić dzieci, utrzymać i wychować je to wyraz

męskości. Prowadzić dla przyjemności aktywne życie płciowe, ale unikać posiadania

dzieci, unikać odpowiedzialności za konsekwencje swojej płciowości, to brak

męskości, to infantylizm. Sprowadza się do samogwałtu, nawet jeżeli odbywa się on z

pomocą innych.

Powszechność antykoncepcji spowodowała, że związek płodności z aktywnością

płciową został zerwany. Dla urozmaicenia tej aktywności modne stały się

najprzeróżniejsze zboczenia, wszystkie jałowe, bezpłodne. Skoro już nie o płodzenie

dzieci chodzi, a tylko o przyjemność, to staje się obojętne, z kim się ją osiąga. Gdy

aktywność płciowa ukierunkowana jest na płodność, to dla dobra dzieci, dla ich

bezpieczeństwa i prawidłowego wychowania, potrzebne są trwałe związki. Dla samej

przyjemności, trwałe być nie muszą. Wystarczy, że trwają póki są przyjemne. Przy

braku odpowiedzialności za dzieci, za rodzinę, za jej zdrowie psychiczne i moralne,

pojawia się częste zmienianie partnerów, homoseksualizm, seks grupowy, wszystko w

zależności od tego, co się uznaje za przyjemne.

Ubezpładnianie

Dzisiaj okazało się, że antykoncepcja ma jeszcze jedną konsekwencję. Nie tylko

czyni bezpłodnym sam akt płciowy, ale i ogranicza zdolność do prokreacji. Coraz

więcej jest sygnałów, że hormonalne środki antykoncepcyjne ubezpładniają nie tylko

osoby je stosujące, bo przecież po to je biorą, ale i wszystkich dookoła. Hormony te

wydzielane z moczem trafiają do ścieków miejskich, nie są wyłapywane przez

oczyszczalnie i wracają do człowieka wraz z wodą. Kobietę pozbawiają zdolności do

owulacji (taki jest ich cel), a u mężczyzn powodują spadek żywotności nasienia.

Szeroko już udokumentowana jest demaskulinizacja i redukcja płodności u ryb w

rzekach poniżej wielkich miast. Równocześnie stale obserwuje się spadek żywotności

nasienia u wszystkich mężczyzn. Coraz częściej tłumaczy się to wprowadzaniem do

organizmu hormonów pochodzących właśnie z środków antykoncepcyjnych.

Wspominałem już (OwK 54) książkę futurystyczną (P.D. James The Children of

Men, Warner Books, 1994 r.), w której opisany jest świat umierający z braku

płodności u ludzi. Rzecz dzieje się w Oksfordzie, gdzie brak studiującej młodzieży,

gdzie brak celu dla personelu uczelni, gdzie brak nadziei na przyszłość, gdzie miłością

do kotów i lalek oszukuje się instynkt rodzicielski. Gdy wreszcie pojawia się

pojedyncza ciąża, staje się ona najważniejszym wydarzeniem na całym świecie.

Książka nie podaje przyczyny zaniku płodności, ale zjawisko to zaczynamy pomału

obserwować w dzisiejszym świecie zdominowanym przez antykoncepcyjną

mentalność.

Zapłodnienie in vitro

Rosnące zjawisko bezpłodności próbuje się „leczyć” poprzez zapłodnienie in

vitro. Oczywiście, nie jest to żadne leczenie, bo płodności nie przywraca, ale czasami

daje upragnione dziecko, zwykle kosztem wielu innych poczętych, a potem

wyrzuconych lub zamrożonych. Tyle tylko, że to dziecko daje zespół lekarski. Co

najwyżej mąż jest dawcą nasienia, ale nie żonie tylko zespołowi lekarskiemu. Gdy

jego nasienie jest mało żywotne, korzysta się z anonimowych dawców. Zostaje

„ojcem” nie swego dziecka. To nie to samo, co adopcja, bo tam z miłości podejmuje

się trud przyjęcia dziecka niechcianego. Tu z samolubnego pragnienia posiadania

własnego potomstwa osiąga się je kosztem innych wyrzuconych i kosztem zgody na

zastąpienie aktu płciowego manipulacją laboratoryjną.

Wielodzietność

Świat dzisiejszy z pogardą patrzy na wielodzietność. Wielodzietni traktowani są,

nie jako błogosławieństwo, ale jako problem społeczny, w jednym szeregu z

samotnymi matkami, niepełnosprawnymi, rodzinami patologicznymi itd. Na rodziców

licznej gromadki dzieci patrzy się jak na osoby niezdolne do poradzenia sobie z

własną płodnością. Przychodzi się im z „pomocą” proponując zapoznanie się z

środkami antykoncepcyjnymi, oferuje sterylizację, dostępność aborcji itd. Nikt nie

uważa ojca takiej rodziny za osobę szczególnie męską. To raczej niedojda, który

napłodził dzieci, a teraz szuka pomocy obcych, by je utrzymać.

Wieloródki po kolejnych porodach są w szpitalach molestowane instrukcjami jak

mogą się zabezpieczyć przed następną ciążą. Przy cesarskim cięciu proponuje im się

sterylizację poprzez podwiązanie jajowodów. Pracodawcy bronią się przed często

rodzącymi pracownicami.

Mężowie nie dają sobie rady z utrzymaniem licznej gromadki, bo systemy

zasiłków, ulg podatkowych, ubezpieczeń społecznych, w tym emerytur dla

niepracujących zarobkowo żon, nie wystarczają, by zapewnić właściwy poziom życia

przy jednej pensji w rodzinie, i to niezależnie od zawodu. Z jednej strony mamy

bezrobocie, a z drugiej przymus ekonomiczny posiadania dwóch pensji w rodzinie.

Bez tych dwóch pensji nie dostanie się pożyczki mieszkaniowej, nie starczy na

edukację dzieci, a czasem nawet na ich wyżywienie i ubranie. Dzieci przychodzą

głodne do szkoły. Taki ojciec rodziny okazuje się niepełnowartościowym, jest

najwyżej połowicznym chlebodawcą. Druga połowę musi wypracować żona lub

dostarczyć opieka społeczna.

Promocja homoseksualizmu

Według obowiązującej dziś poprawności politycznej świata zachodniego

prawdziwa męskość to homoseksualizm. To geje są bohaterami najgłośniejszych

książek i filmów. Tu nie tylko chodzi o uprawianie seksu z drugim mężczyzną, ale i o

odwagę przyznania się publicznie do tego. Promocja „kultury” gejowskiej i domaganie

się akceptacji dla niej, to dopiero wyraz męskości w XXI wieku!

Tymczasem, jak wynika z wszystkich badań zjawiska homoseksualizmu, jest to

defekt wychowawczy. Jest to zwykle konsekwencja wychowywania przez dominującą

matkę, przy równoczesnej nieobecności wychowawczej ojca, wychowywania bez

ojcowskiego autorytetu, bez pozytywnego wzorca męskości. To ludzie w dzieciństwie

i wieku młodzieńczym pozbawieni męskich wzorców, unikający zabaw chłopięcych,

zniewieściali. Coraz więcej mamy domów, gdzie wychowuje tylko matka, gdzie ojciec

jako wzór osoby odpowiedzialnej za rodzinę nie istnieje. Coraz więcej mamy

niezdolnych do odpowiedzialności za rodzinę mężczyzn, aktywnych seksualnie, ale

ubezpłodnionych i coraz więcej homoseksualistów, czyli osób pozbawionych

prawdziwej męskości.

I oto uwolnieni od odpowiedzialności za własną płodność mężczyźni coraz

częściej zatracają też i inne męskie cechy. Nie tylko stroją się w kolczyki, wymyślne

fryzury i kolorowe szaty, ale i gubią to wszystko, co kojarzy się męskością. Tężyznę

zastępują brutalnością, odwagę brawurą, rozsądek pieniactwem, wytrwałość

rezygnacją, wytrzymałość ucieczką od problemów, opiekuńczość beztroską. W

odróżnieniu od emancypantek nie przyswajają sobie pozytywnych cech płci

przeciwnej, bo nie są one dla nich atrakcyjne. Natomiast akceptują u siebie

przeciwieństwo cech męskich. Stają się coraz bardziej nieodpowiedzialni, zarówno za

siebie jak i za innych.

Oto do czego prowadzi poprawność polityczna lansowana dziś w takich

międzynarodowych gremiach jak Unia Europejska.

prof. Maciej Giertych

(,,Opoka w Kraju”, nr 56 [77], 03.2006 r.)