Czystość przedmałżeńska, czyli płynięcie pod prąd (cz. I)

     Obecnie młodzi decydują się na podjęcie współżycia seksualnego przed zawarciem małżeństwa częściej niż kiedyś. „Jaki sens ma zachowanie czystości? Czy trzeba czekać?” – pytają sami siebie.

     Różne argumenty usprawiedliwiające przedmałżeński seks podsuwa środowisko rówieśnicze, prasa młodzieżowa, telewizja, inne środki masowego przekazu, nawet podręczniki szkolne. Co twierdzą? W pierwszej części tego artykułu przeanalizujemy dwa często pojawiające się dogmaty popularnej kultury:

     1. „Miłość uprawnia do rozpoczęcia współżycia. Współżycie seksualne jest naturalnym dopełnieniem każdej miłości”.

     2. „Człowiek ma »potrzeby« seksualne, które – jak wszystkie inne potrzeby – trzeba zaspokajać, byle tylko »zabezpieczyć się«. Seks to rzecz naturalna”.

     Na pierwszy rzut oka twierdzenia te wydają się całkiem słuszne. Jednak przy bliższym przyjrzeniu się im okazuje się, że jest zupełnie inaczej, niż się twierdzi.

Miłość uprawnia do współżycia? Nie ślub?

     Powiadają: „My się przecież kochamy. Tak jest nam dobrze ze sobą, cóż więc złego, że sypiamy razem?”. Na zagadnienie to trzeba spojrzeć w szerszym kontekście. Wtedy łatwo uświadomimy sobie, że pierwszym zasadniczym złem jest tutaj złamanie Bożych przykazań. Jest to zło największe. To Bóg jest stwórcą człowieka, w tym jego sfery seksualnej. Jeżeli dał nam VI i IX przykazanie, to uczynił to dla naszego dobra. Bóg naprawdę pragnie, ażeby współżycie seksualne przynosiło mężczyźnie i kobiecie jak najlepsze owoce i czyniło ich szczęśliwymi. A będzie to możliwe jedynie wtedy, kiedy będą oni z Nim zjednoczeni. Dlatego w Bożych planach współżycie seksualne powinno być znakiem sakramentu małżeństwa, doświadczeniem Bożej miłości we wzajemnej miłości kobiety i mężczyzny. Ma ono wyrażać bezinteresowny dar z siebie współmałżonkowi w Jezusie Chrystusie, na zawsze. A to staje się możliwe tylko w sakramentalnym związku małżeńskim. I dlatego tylko sam Chrystus w sakramencie małżeństwa daje prawo do tego, aby mężczyzna i kobieta stawali się „dwoje jednym ciałem” (Ef 5, 31). Wtedy współżycie seksualne jest czymś nieskończenie większym od doświadczenia jedynie zmysłowej przyjemności.

     Badania socjologiczne wykazują, że to nie miłość chce przedmałżeńskiego współżycia, ale egoistyczne pożądanie, przynajmniej jednej ze stron. Co to oznacza? W takim wypadku nie traktuje się kobiety jako osoby godnej szacunku, ale jak rzecz, której można używać dla własnej przyjemności. Staje się ona w takim układzie swego rodzaju zabawką. Mężczyzna nie nawiązuje wtedy kontaktu z dziewczyną, pragnąc małżeństwa i założenia rodziny. Jego motywacje są zupełnie inne: chce się nią tylko przez jakiś czas pobawić. Niestety, sporo dziewcząt zgadza się na rolę zabawki seksualnej, a wzory prezentowane przez środki masowego przekazu utwierdzają je jeszcze w przekonaniu, że jest to rzecz normalna, że tak właśnie mają wyglądać relacje z mężczyzną.

„Jesteśmy stworzeni do miłości, spełniamy się przez nią. Ale miłość to nie sprawa kilku minut spędzonych w seksualnej gorączce. To sprawa całego życia. Jeżeli jest dojrzała, seks przestaje być najważniejszy. Najważniejszy jest dla tych, którzy nie wiedzą, co znaczy prawdziwa miłość. Współżycie bez miłości to zwykła kopulacja, jak u zwierząt. Kopulują jak zwierzątka i nazywają to miłością” (Barbara, I. 22).

     W okresie dojrzewania dominującym mechanizmem zachowania dziewczyny jest poszukiwanie akceptacji. Nawiązując przyjaźń ze swoim kolegą, nie tyle szuka ona zmysłowej przyjemności, ile akceptacji siebie. Chce się komuś podobać, pragnie uznania, zrozumienia, trochę czułości. Przy braku aprobaty ze strony rodziny czy środowiska pragnienie znalezienia kogoś, kto da jej poczucie wartości, nasila się. Jeżeli w relacji z kimś zostaje dowartościowana, wiąże się emocjonalnie. Łatwo przychodzi jej brać to, co przeżywa, za prawdziwą i jedyną miłość. W końcu, chcąc skuteczniej zatrzymać chłopaka przy sobie, daje mu „dowody miłości” (zwłaszcza jeśli chłopak się ich domaga). Nie znajduje jednak tego, czego szukała. Jest używana, a nie kochana.

     Przedwczesne doświadczenia seksualne dziewcząt mogą być również motywowane chęcią dorównania koleżankom, poszukiwaniem wrażeń, ciekawością, wypełnianiem wymagań mody na „nowoczesność” itp. Ale nie do takich banalnych celów ma służyć współżycie. Jego naturalny cel jest znacznie, znacznie wyższy, ważniejszy i piękniejszy. Sfera seksualna jest w jakimś sensie święta i nie wolno jej w ten sposób profanować. Dlatego doświadczenia te ranią – czasami bardzo boleśnie i na całe życie.

     Załóżmy jednak, że chłopak i dziewczyna są w sobie rzeczywiście zakochani. Czy mogą podjąć współżycie, aby dopełnić w ten sposób swoją „miłość”? Doświadczenie życiowe pokazuje, że przedmałżeńskie stosunki seksualne, zamiast pogłębiać i umacniać relacje, powodują ich obumieranie. Patrząc z czysto psychologicznego punktu widzenia, dochodzi się do wniosku, że dzieje się tak głównie dlatego, iż „partnerzy” nie oddają się sobie całkowicie, bo nie czynią tego na zawsze. W takim tymczasowym układzie brakuje poczucia emocjonalnego bezpieczeństwa i zaufania, które są podstawą konstruktywnego związku. Strach przed ciążą, wątpliwości co do motywów postępowania partnera, poczucie winy itp. sprawiają, że akt seksualny nie jest całkowitym oddaniem się sobie nawzajem, jakiego pragnie natura ludzka.

„Słyszy się czasami takie zdanie: »Po co nam ten świstek papieru, liczy się miłość«. Ślubować dziewczynie wobec Boga, rodziny, przyjaciół: »miłość, wierność i uczciwość małżeńską aż do śmierci« – jest bez wartości?! To jest właśnie znak, że się kocha! Chcieć być z kimś do końca życia, założyć rodzinę, mieć dzieci jest bez znaczenia, ale latać od jednej do drugiej, z jednego łóżka do następnego – to miałaby być miłość? Dla mnie bardziej bezpłatna prostytucja niż miłość” (Marcin, l. 20).

„Zakochanie jest egoistyczne. »Tak mi jest z nim dobrze« – mówią zakochane dziewczyny. »Mi jest dobrze«… Pytam się ich wtedy: »Na jak długo starczyłoby ci tej miłości, gdyby twój ukochany złamał kręgosłup, siedział w wózku, trzeba by go karmić, myć i zmieniać mu pampersy?… I gdyby zainteresował się tobą ktoś inny – młody, piękny, zdrowy i bogaty?«” (Mateusz, l. 19).

     Co to jest miłość?… Czy zakochanie i miłość oznaczają to samo?… Im gorętsze uczucia, tym większa miłość? Oczywiście, że nie! Gorące uczucia mogą, ale nie muszą towarzyszyć prawdziwej miłości. Można być zakochanym, a wcale nie kochać. I można kochać, a zupełnie nie być zakochanym. Czy się rzeczywiście kocha, okazuje się, kiedy przeminie zakochanie, bo ono przeważnie przemija.

     Wiele jest rodzajów miłości. W języku greckim na przykład istnieją aż cztery słowa na wyrażenie tego, co po polsku nazywa się jednym – „miłością”. Dzieci kochają swoich rodziców, rodzice – dzieci. Miłuje się rodzeństwo. Nauczyciel na swój sposób powinien kochać uczniów, lekarz – pacjentów. Matka Teresa z Kalkuty – mówimy – kochała ubogich. Mamy nawet miłować swoich nieprzyjaciół!

     Jest wiele rodzajów miłości, ale wszystkie one mają jedną wspólną cechę. Jeżeli brak tej cechy, nie można mówić, że się kocha. Miłość w swej najgłębszej istocie jest mianowicie troską o dobro drugiej osoby (a więc jest przeciwieństwem egoizmu). Troszczyć się o drugą osobę, o jej dobro, bezinteresownie, choćby to było trudne i wymagało wysiłku. Właśnie ofiara jest bardziej miarą miłości niż temperatura uczuć. Miłości nie muszą towarzyszyć zawsze wzniosłe czy choćby pozytywne uczucia. Natomiast z prawdziwej miłości zawsze wypływa szczęście.

     Miłość związana jest bardziej z wolą niż uczuciami. Zwróćmy uwagę, że dwoje ludzi zawierających małżeństwo przyrzeka sobie miłość do końca życia. Skoro można ją obiecać, musi być ona wolnym wyborem, nie zaś jakąś niezależną od nas emocjonalną reakcją. Gdyby miłość nie była zależna od naszej woli, w czasie ślubu moglibyśmy jedynie wyrazić, co czujemy w danej chwili, i mieć nadzieję, że będzie to trwało. Ślub jednak jest obietnicą, a nie mglistym przewidywaniem.

     Powróćmy do głównej myśli. Jaka jest troska o dobro dziewczyny u chłopaka, który dąży do współżycia?… Lista negatywnych skutków przedmałżeńskiego współżycia jest bardzo, bardzo długa (wymienimy je w drugiej części artykułu). Jaka jest troska dziewczyny o dobro chłopaka, jeśli mu ulega? Jaka jest ich wspólna troska o dobro dziecka, które chociaż tego nie chcą, może się począć? Czy dają innym dobry przykład, tzn. troszczą się o ich dobro? Czy więc to, co nazywają „miłością”, rzeczywiście nią jest?…

„Ci, którzy współżyją przed ślubem, ponieważ »czują«, że mają do tego prawo, uczą się, że przyjemność stoi na pierwszym miejscu. To prosta droga do zdrady. Małżonkowie muszą robić to, co dobre dla obu stron, a nie to, na co mają aktualnie ochotę. Dobro małżonków i rodziny, z którego wynika prawdziwe szczęście, jest ważniejsze niż chwila przyjemności. Należy je stawiać na pierwszym miejscu i podporządkować mu swoje pragnienia i pożądania” (Robert, l. 29).

     Trzeba dużo pracy nad sobą, aby w ogóle stać się kochającym człowiekiem, a nie tylko mieć od czasu do czasu dobre uczucia do kogoś. Miłości trzeba się uczyć – w przeciwieństwie do zakochania, które samo przychodzi (i odchodzi). Najpierw nauczyć się kochać (co byłoby jednym z największych życiowych sukcesów), a potem dopiero się zakochać. Wiele młodych małżeństw stwierdza z przerażeniem, że tak szybko „przeminęła ich miłość”. Problem właśnie w tym, że nie umieli prawdziwie kochać – ani innych, ani siebie wzajemnie, a to, co przeminęło, było tylko zakochaniem.

     Zachowanie czystości przedmałżeńskiej jest najlepszą szkołą miłości. Wśród tych, którzy zrezygnowali z walki o czystość, nie znajdzie się prawdziwie kochających…

„Dopiero kiedy skończyłem z fantazjami seksualnymi na temat swojej dziewczyny, dopiero kiedy przestałem kombinować, jak zaciągnąć ją do łóżka, dopiero kiedy zacząłem traktować ją jak przyjaciela, a nie jak potencjalną kochankę, dopiero kiedy zacząłem z nią rozmawiać normalnie, bez podtekstów i krążenia wokół seksu, dopiero wtedy zacząłem ją kochać. Pożądanie to coś diametralnie różnego niż miłość. Pożądanie uniemożliwia kochanie, bo jest egoizmem” (Łukasz, l. 20).

     Wielkie ideały, wartości, szlachetne zasady życia wymagają codziennego zmagania się ze sobą i samodyscypliny. Nie osiąga się ich, żyjąc „na luzie”, ale w codziennym trudzie, który równocześnie przynosi wielką satysfakcję.

„Potrzeby seksualne” czy popęd seksualny?

  W popkulturze mówi się o „potrzebach seksualnych”, a nie o popędzie seksualnym. Brzmi lepiej, bo są również potrzeby jedzenia, picia, tlenu, snu – niezbędne, konieczne do zaspokojenia. Ale czy ktoś umarł od abstynencji seksualnej, tak jak można umrzeć z głodu czy pragnienia? Niektórzy wprawdzie robią takie wrażenie, jednak nie trzeba się o nich specjalnie lękać. Wielu ludzi z konieczności czy z wyboru żyje w pełnej wstrzemięźliwości przez długie okresy, a nawet całe życie. I nie tylko nie umierają, ale mają się wyśmienicie. Natomiast ci, którzy nie uznają ograniczeń w zaspokajaniu swoich „potrzeb seksualnych”, wpadają w niszczące ich uzależnienia.

     „Czy celibat kapłana jest trudniejszy niż małżeństwo? Chyba nie. Oczywiście, celibatariusz musi zrezygnować z wielu przyjemności. Ale przecież brak jakiegoś rodzaju przyjemności to nie koniec świata. Radość i szczęście są związane z miłością, a nie z przyjemnością. (I nie z seksualnością). Kochać zaś można Boga, bliźnich, prawdę, przyrodę, sztukę, swoją pracę i wiele innych. Małżonkowie też muszą umieć zrezygnować z wielu przyjemności, aby stworzyć szczęśliwe małżeństwo. Dobre, szczęśliwe, kochające się małżeństwo jest trudne. Dobroć i miłość są trudne i tu, i tu. Mądrość i dyscyplina potrzebne są zarówno celibatariuszowi, jak i małżonkom. Małżonkowie, którzy nie potrafią żyć bez seksu, krócej czy dłużej, nie stworzą udanego małżeństwa” (ks. Jan, l. 26).

     Seksualność odgrywa dużą rolę w kształtowaniu naszych życiowych losów. Mówiąc inaczej: wiele zależy od tego, czy człowiek potrafi radzić sobie z własnym popędem seksualnym. Kariera angielskiego pisarza Oscara Wilde’a jest dobrą tego ilustracją… Był wybitnym umysłem. Zdobył najwyższe nagrody w dziedzinie literatury i najwyższe akademickie tytuły. Z wyżyn spadł jednak na dno. W więzieniu napisał książkę pt. De profundis. Tak pisze tam o sobie: „Bogowie dali mi prawie wszystko. Ale pozwoliłem zwieść się urokowi bezsensownej, zmysłowej przyjemności (…). Zmęczony przebywaniem na szczytach, świadomie zszedłem w dół, poszukując nowych wrażeń. Przestałem zważać na życie innych. Czerpałem przyjemność tam, gdzie miałem na to ochotę, i szedłem dalej. Zapomniałem, że każde, nawet drobne, działanie powszedniego dnia | umacnia albo osłabia charakter. Dlatego o tym, co się robi w zamkniętej izdebce, trzeba będzie głośno krzyczeć z dachu domu. Przestałem być panem samego siebie. Nie byłem już kapitanem swojej duszy i nie wiedziałem o tym. Pozwoliłem, aby przyjemność mnie zdominowała. Skończyło się to dla mnie hańbą”.

     Oscar Wilde pisze, że „przestał być panem samego siebie”. Innymi słowy, stał się uzależniony od bodźców seksualnych i przyjemności, które one dają. Uzależnienia seksualne są równie trudne do przezwyciężenia, jak uzależnienia od alkoholu czy narkotyków (a nawet trudniejsze). Ich skutki są równie tragiczne. Człowiek przestaje być wolny i odpowiedzialny.

     Zdany jest teraz na łaskę i niełaskę swego nałogu. Dokąd go on poprowadzi?…

     To przecież nie osoby wolne i odpowiedzialne wykorzystują seksualnie dzieci, gwałcą kobiety, korzystają z usług prostytutek, zdradzają żony, roznoszą choroby weneryczne itd. A takie właśnie są niektóre owoce uzależnień seksualnych.

     W samych Stanach Zjednoczonych, według danych organizacji o nazwie „Sex and Love Anonymous”, jest kilka milionów osób wymagających leczenia. Znaczną ich większość, bo ok. 80%, stanowią mężczyźni, ponieważ zwłaszcza oni są klientami przemysłu pornograficznego, głównego źródła uzależnień seksualnych. Podstawą leczenia jest zachowanie całkowitej wstrzemięźliwości seksualnej trwającej nawet kilka lat! Wtedy – co ciekawe – okazuje się, że człowiek nie tylko nie musi działać seksualnie, ale długa wstrzemięźliwość jest dla niego zbawienna…

     A oto kilka krótkich świadectw zdrowiejących erotomanów na temat ich doświadczenia pełnej wstrzemięźliwości seksualnej, zaczerpniętych z książki amerykańskiego terapeuty Patricka Carnesa pt. Od nałogu do miłości (Poznań, Media Rodzina, 2001):

„Na początku mojej drogi miałem żal, że zabrano mi wszystkie seksualne łakocie. Dziś jestem bezgranicznie wdzięczny za ten długi czas, w którym mogłem rozwijać się i wzrastać…”.

„Celibat wreszcie sprowadził mnie na ziemię; stanęłam na własnych nogach i mogłam dojrzeć rzeczywistość”.

„Celibat pomógł mi i mojej żonie zobaczyć, że jest jeszcze życie poza łóżkiem, że prawdziwa bliskość to nie bliskość genitalna”.

„Dopiero w celibacie poczułem się mężczyzną”.

„Pełna wstrzemięźliwość to coś wspaniałego. Zacząłem czuć, że moje ciało jest naprawdę moje, zacząłem je posiadać”.

„Celibat dał mi zdolność koncentracji, wyzwolił we mnie nowy rodzaj energii”.

„Dał mi [celibat] dostęp do uczuć, głęboki wgląd w siebie, rozkosz życia i bycia obecną dla siebie, dla mojej Siły Wyższej i przyrody”.

„Zdałem sobie sprawę, że bez seksu można żyć dalej, i to o wiele lepiej. Dla mnie było to wielkie odkrycie”.

„Celibat otworzył przede mną sferę cudownej bliskości z mężem, jakiej nigdy nie miałam”.

„To była dla mnie jedyna możliwość nabrania właściwej perspektywy i zobaczenia, jak bardzo byłam zniewolona i zatruta seksem”.

     Świadome praktykowanie całkowitej wstrzemięźliwości płciowej ze względu na dobroczynne tego owoce spotyka się w wielu duchowych i filozoficznych tradycjach zarówno Wschodu, jak i Zachodu. Mahatma Gandhi pisał w swojej Autobiografii: „Nie należy myśleć, że czystość jest niemożliwa, dlatego że jest trudna. Czystość jest najwyższym ideałem, nie powinno zatem dziwić, że jej osiągnięcie wymaga największego wysiłku. Życie bez czystości wydaje mi się mdłe i zwierzęce: zwierzę ze względu na swoją naturę nie ma autokontroli; człowiek jest człowiekiem, ponieważ jest do niej zdolny”.

     W 30. roku życia Gandhi wraz z żoną złożył wieczysty ślub wstrzemięźliwości seksualnej. Tak komentował to wydarzenie: „Kiedy patrzę wstecz, czuję się pełen radości i zachwytu. Nigdy wcześniej, czyli przed rokiem 1906, kiedy złożyłem ślub wstrzemięźliwości, nie doświadczyłem takiej wolności i radości, jakie teraz mnie wypełniają. Przed złożeniem ślubu byłem w mocy każdej nieczystej pokusy w dowolnej chwili. Ślub stał się dla mnie skuteczną tarczą przeciwko pokusom. Wielka moc wstrzemięźliwości stawała się dla mnie coraz bardziej oczywista. Z każdym mijającym dniem rozumiałem coraz bardziej, że czystość chroni ciało, umysł i duszę. Praktykowanie wstrzemięźliwości nie stało się praktykowaniem ciężkiej pokuty, raczej pociechą i radością. Każdy dzień odkrywał przede mną świeże piękno; a to napawało mnie coraz większą radością”.

     Wiemy z bliższej czy dalszej historii, że w czasie intensywnej pracy twórczej geniusze na różnych polach: pisarze, filozofowie, naukowcy, politycy, powstrzymywali się od małżeńskiego współżycia, często przez długie okresy. Wielu wybitnych ludzi znanych było z wybujałego temperamentu, np. George Washington, William Shakespeare, Enrico Caruso.

     Nie stali się oni jednak ofiarami własnej seksualności. Przeciwnie, przez tzw. sublimację służyła ona ich sukcesom, wyniosła ich na szczyty osobistych osiągnięć.

     Nie myśli się dzisiaj o tym, że popęd seksualny może być sublimowany, czyli realizowany w inny sposób – daleko ważniejszy niż fizyczne zaspokojenie. Marnuje się coś, co mogłoby znaleźć pozytywny wyraz w każdym działaniu. Nawet dodać ciepła do uśmiechu i uścisku dłoni.

    „Człowiek przez zachowanie czystości ukierunkowuje popęd seksualny na inne sfery. Poznaje wtedy radość twórczego życia, w porównaniu z którą niczym wydaje się chwila zmysłowej przyjemności, pozostawiająca go wyjałowionym i pustym. Przestaje myśleć, jak najlepiej zaspokoić swoją namiętność. Zaczyna interesować się głębszym znaczeniem rzeczy. Pragnie teraz, aby partner życia dzielił z nim duchowe pokrewieństwo. Nie wystarcza mu już proste zaspokojenie instynktów przy jego pomocy” (Maciej, I. 20).

 

„Jeżeli ktoś zaczyna prowadzić czyste życie, zauważa, że medytacja staje się nieporównywalnie łatwiejsza niż poprzednio. Z wielką jasnością zaczyna rozumieć pisma duchowych mistrzów, które dotychczas wydawały mu się enigmatyczne. Znajduje w nich nowych przyjaciół, nowych braci. Człowiek ożywa, czuje w sobie ogień życia. Zaczyna żyć. Dopiero teraz widzi, że dotąd z ledwością żył, a raczej wegetował, niż żył” (Marcin, l. 23).

     Czystość przedmałżeńska nie oznacza braku seksualnych pragnień. Jest to wybór: odkładam wszelką aktywność seksualną aż do dnia ślubu. Nie trzeba zbytnio obawiać się słowa „tłumienie”. Jest ono czasami wręcz nieodzowne. Tylko wtedy możemy żyć razem z innymi, gdy nasze złe skłonności są kontrolowane. Każdy na przykład odczuwa przynajmniej od czasu do czasu agresywne impulsy. Jak wyglądałoby nasze życie społeczne, gdybyśmy uznali, że tłumienie ich jest niewskazane?

     Młody człowiek dojrzewa do miłości tylko wtedy, gdy potrafi utrzymać swój popęd seksualny w ryzach. Ten popęd, niezwykle silny w młodym wieku, może zdominować go i uzależnić. Ogień jest ciepły i przyjemny, kiedy pali się na kominku, ale niszczy, kiedy wymknie się spod kontroli. Przykłady życia wielu osób pokazują, że dobrze kontrolowana seksualność jest dobroczyńcą. Nie kontrolowana staje się z czasem okrutnym panem: zniewalającym, upokarzającym, niszczącym.

     W okresie przedmałżeńskim należy zaakceptować swoją płciowość, ale także uznać Konieczność samodyscypliny w tej sferze. Całą natomiast uwagę i siły powinno się skierować na własny rozwój – fizyczny, intelektualny i duchowy. W młodości buduje się fundament pod całe życie! Dobrze przeżyta jest gwarantem udanego wieku dojrzałego. Szczególnie zaś warto pielęgnować swoje wrodzone talenty, starać się być twórczym – stworzyć coś własnego, nowego, ważnego, nawet wielkiego na wybranym przez siebie polu, czy to będzie nauka, sport lub sztuka, czy też służba społeczna albo działalność religijna. Takie zaangażowanie w twórczą pracę czyni życie piękniejszym, szczęśliwszym i zapobiega marnowaniu go w szkodliwych działaniach. W ten sposób dojrzewa się także do szczęśliwego życia małżeńskiego.

Jan Bilewicz

(,,Miłujcie się!”, nr 3-2008)